No-Man - Flowermouth

No-Man – Flowermouth (cd, super jewelbox, reedycja 2005) – 1993

Kolejna znakomita płyta no-man. Ileż można? Mam nadzieję, że bez końca. Ale jej odbiór miałem o tyle utrudniony, że przez większość czasu nie doceniałem jej sporej części. Jednak powinno to być wybaczalne, gdyż dwa utwory – pierwszy i ostatni – to coś na tyle szczególnego, że trzeba im poświęcić osobne akapity.

“Angel Gets Caught in the Beauty Trap” jest niczym romantyczna epopeja muzyczna w dzisiejszych czasach. To potężny i rozbudowany 10-minutowy utwór. Co prawda na tym blogu już nie raz mięliśmy do czynienia z o wiele dłuższymi progresywnymi zawirowaniami, ale “intro” z “Flowermouth” to zupełnie inna beczka miodu. Po pierwsze instrumentarium jest niezwykle bogate (mają tu zasługi zaproszeni goście tacy jak Robert Fripp (!), Richard Barberi, Steve Jansen czy inni), ale zostało ono wykorzystane w bardzo umiejętny sposób, a wszystko zostało niezwykle dopracowane. Dzięki temu przy każdej okazji możemy usłyszeć coś nowego, albo poznać utwór z nieco innej strony. Po drugie: mamy tu do czynienia z sytuacją, w której zarówno głos jak i osobowość Tima Bownessa nie tyle pasuje do muzyki, ale wydaje się być dla niej stworzona. Wypada on tu wyśmienicie. Ostatnią rzeczą, na którą chciałbym zwrócić uwagę to podzielenie “Angel Gets…” na kilka fragmentów, które inaczej oddziaływają na słuchacza, nie zmieniając kompozycji tak drastycznie, by wciąż czuć, że to wciąż ten sam utwór. Tak mocno intryguje, że każde kolejne przesłuchanie to nowe doznania… Z tego co usłyszałem od Tima Bownessa podczas krótkiej rozmowy z nim “Angel Gets…” to jeden z tych utworów, które powstały stosunkowo dawno, a później były rozbudowywane, zmieniane i ulepszane (sporo kluczowych piosenek no-man miało podobny proces twórczy). Kto wie, może jeszcze kiedyś usłyszymy jakąś “nowszą” wersję? Bo na Youtube dostępna jest w nieco innym mixie, ale wcale nie brzmiąca jak demo, która zaintrygowała mnie równie mocno, co wersja albumowa.

Drugi z utworów to “Things Change”, który w kontekście płyty jest czymś zupełnie z innej beczki (te beczkowe aluzje się dziś mnie trzymają jak nie wiem co…). Brzmi on raczej jak piosenka nowszego okresu zespołu – łagodne, powolne, piękne dźwięki syntezatorów i gitary, długie budowanie nastroju… Tym co wyróżnia “zmieniające się rzeczy” to chyba eksplozja tego wszystkiego, co zbierało się przez pierwsze cztery i pół minuty w niemalże post-rockowy sposób. Tylko tutaj załatwiono to przyspieszeniem utworu, oraz szaleńczymi popisami na perkusji oraz… skrzypcach elektrycznych. Długo mi zeszło by dojść do tego, że to nie jest gitara. Końcówka tak mocno dowala w “thingsy” w głowie, że nigdy nie czuję niedosytu po przesłuchaniu tego krążka (a przypomnijmy, że jest to utwór zamykający). Swoją drogą, ciekawe czy ktoś się tutaj inspirował no-manem pisząc piosenkę, również traktującą o tym, że wszystko się zmienia? (Link) :D

I o tyle by docenić dwa wyżej wspomniane dzieła problemu większego nie miałem, to z całą resztą już troszkę większy. Pozostałe 7 utworów utrzymane jest w podobnej stylistyce trip-rockowej i elektronicznej, i w mojej ocenie o wiele trudniej się z nimi zaprzyjaźnić. Potrzebowałem trochę czasu by zrozumieć koncept, jakim kierowali się twórcy. Ale szczęśliwie mi się udało. Kupując płytę nie miałem wrażenia, że robię to tylko dla dwóch utworów, bo cała płyta jest naprawdę wybitna. Ale pozostawię Wam resztę już do samodzielnego odkrycia :)

Wydanie, które posiadam to reedycja z 2005 roku. Zawiera ona tylko 12 stronicową książeczkę i płytę, zapakowane w Super Jewelbox. Szczególnie upodobałem sobie art z okładki (który stał się moim avatarem tu i ówdzie), a pozostałe są utrzymane w podobnej konwencji kwiatowej (proszę tylko by nikomu nie zachciało się oglądać teledysku do “You Grow More Beautiful, który co prawda jest kwiatowy, ale… Nie.) Aleph Studio, które zaprojektowało od nowa wygląd czerpało grafiki z oryginalnego wydania z roku 1993 wytwórni One Little Indian Ltd., które z tego co można wyczytać z tyłu opakowania, do dziś rości sobie prawa do muzyki. Nie było tych grafik zbyt wiele, ale całość została przystosowana na dzisiejsze warunki w sposób poprawny. Oprócz tego, moja wersja otrzymała dwa dodatkowe utwory: “Angeldust” to jedno z próbnych wersji czy też dem “Angel Gets…”, które idealnie pokazuje, jak bardzo ten utwór mógłby być zły. Zaś “Born Simple” to 12-minutowy pejzaż ambientowy, utrzymany w mrocznym i przejmującym stylu.

Ocena albumu: 4

No-Man - Flowermouth
Prezentacja wydawnictwa
No-Man - Flowermouth
Tył
No-Man - Flowermouth
Środek
No-Man - Flowermouth
Bok
No-Man - Flowermouth
Książeczka – jak zwykle bogate opisy pióra Tima.
No-Man - Flowermouth
Co prawda nie ma w niej zbyt wielu artów.
No-Man - Flowermouth
Teksty i zdjęcie zespołu.
Barcode / Kod kreskowy 802644711126
Wytwórnia Kscope Music
Nr. Katalogowy kscope111x
Wydawnictwo zawiera Super jewelbox, 12 stronicową książeczkę, płytę
Ocena Ocena za wydanie
Pink Floyd - Animals

Pink Floyd – Animals (cd, card, Discovery Edition z 2011 roku) – 1977

Tak się złożyło, że żyję obecnie nieopodal jednej z ikon Pink Floydowej działalności. Battersea Power Station (pol. Elektrownia Battersea) z okładki albumu “Animals”. Zamiast więc rozpisywać się o tej płycie, postanowiłem zaproponować Wam recenzję fotograficzną: (wszystkie zdjęcia oczywiście mojego autorstwa)

tekst
Wciąż, bezustannie okryty chmurami budynek. Największy ceglany twór architektoniczny z Europy. Dziś już “nieużywany”…
Battersea Power Station #2
Ale zaraz, przecież mamy postmodernizm. Nic się nie może zmarnować, nawet jeśli jest to modernistyczny budynek. Duża przestrzeń zagospodarowana wokół, ogrodzona murem, a także z daleka widoczni robotnicy, to coś musi oznaczać.
Zupełnie przypadkowo postawili tą elektrownię na mojej drodze do pracy.
Zupełnie przypadkowo postawili tę elektrownię na mojej drodze do pracy. Tyle razy ją widzę, a wciąż robi wrażenie.
Battersea Power Station #4
Money is back?

Battersea Power Station #5

Wszystko jasne. Powstaje tu teraz osiedle dla bogatych. Mieszkania, biura, restauracje, galerie handlowe… Biorąc pod uwagę symbolikę jaką niesie ze sobą ta budowla na “Animals” z początku chciałem napisać: “Gdyby Pink Floydzi nie żyli to by się w grobach poprzewracali. A tak to słychać tylko lekkie szmery tam, gdzie pochowano Wrighta”.
Ale gdy pomyślałem o tym dłużej
Ale teraz wydaje mi się, że Floydom (przez przypadek) udało się wybrać ponadczasowy symbol. A, i oczywiście samą muzykę można określić w dokładnie ten sam sposób. Wszystko gra więc znakomicie.

Ocena albumu: 5

Pink Floyd - Animals
Okładka
Pink Floyd - Animals
Środek wydawnictwa
Pink Floyd - Animals
Tył
Pink Floyd - Animals
Bok
Pink Floyd - Animals
Płyta
Pink Floyd - Animals
Pierwsza i ostatnia strona książeczki tworzy rozkładówkę.
Pink Floyd - Animals
Książeczka
Pink Floyd - Animals
Książeczka
Pink Floyd - Animals
Książeczka
Barcode / Kod kreskowy 5099902895123
Wytwórnia EMI
Nr. Katalogowy  -
Wydawnictwo zawiera Card z wysuwaną płytą z jednej strony i książeczką (12-stronicową) z drugiej.
Ocena

Ocena za wydanie

Porcupine Tree - Signify

Porcupine Tree – Signify (cd, jewelcase) – 1996

Ten wpis to raczej oznaka desperacji. Tak, ja wciąż żyję, trochę gorzej z samym blogiem, którego przyszłość jest niezwykle trudna dla mnie do określenia.

Z płytą “Signify” mieliśmy już do czynienia w innym wpisie, ale pokusiłem się na jego pierwsze wydanie, bez “remasteru”, gdyż w tamtej edycji było słychać przestery i inne czynności pogłaśniające.

Rzeczywiście, bezremasterowa opcja zyskała na pewno na długodystansowej słuchalności, przez co wybieram ją, gdy mam ochotę na przesłuchanie całego krążka. Ale ciężko mi powiedzieć, która edycja jest “lepsza”, bowiem obie nadają się do czegoś innego. Remaster sprawił, że utwory są jakby nieco bardziej przebojowe i po prostu mocniejsze (ach, to pogłośnienie), ale potrafią przy nim wysiąść uszy przy dłuższym posiedzeniu, lub przy nazbyt głębszym skupieniu. Wersja wydana w jewelcase’ie przez Delerium Records posiada więcej słyszalnych dźwięków, jest nieco bardziej pełna, ale nie potrafi porwać w ten sam sposób co jej przerobiona bliźniaczka. Niestety jest ona obecnie nie dostępna, a wątpię by wiele osób pokusiło się na jakieś aukcjobranie. Nawet w serwisach z zakrytym jednym okiem przepaską, królują remastery. A szkoda, bo jestem zdania, że obie wersje powinny znaleźć się w bibliotece każdego słuchacza.

Co do typografii: oryginalny napis na środku płyty i nazwa zespołu w pasku bocznym wygląda na pewno tysiąc razy bardziej klimatycznie niż zunifikowane “grawery” z nowych reedycji, które troszkę nastrzępiły psychodeliczny wystrój. Teksty piosenek są niepoprawnie porozwalane w dziwaczny sposób, i ma to swój urok, choć jest zapewne koszmarem typografa (czy jak się te typy od typografii nazywają). Stara wersja opakowania ma więc jakąś taką duszę, która w magiczny sposób łączy się z resztą.

Ocena albumu: 5

Porcupine Tree - Signify
Przód
Porcupine Tree - Signify
Bok
Porcupine Tree - Signify
Środek
Porcupine Tree - Signify
Książeczka
Porcupine Tree - Signify
Książeczka
Porcupine Tree - Signify
Książeczka
Porcupine Tree - Signify
Tył
Barcode / Kod kreskowy 5032966094521
Wytwórnia Delerium Records
Nr. Katalogowy DELEC CD045
Wydawnictwo zawiera Jewelcase, 12 stronicowa książeczka, płyta.
Ocena Ocena za wydanie
Nightwish - Angels Fall First

Nightwish – Angels Fall First (cd, jewelcase, reedycja 2007) – 1997

Gdy nieznany nikomu zespół Nightwish wypuścił w 1997 roku swój debiutancki album “Angels Fall First” można było mówić o pewnym sukcesie. Co prawda zagraniczną sławę grupie przyniosły dopiero kolejne albumy, ale na terenie Finlandii płyta sprzedała się całkiem nieźle. Pierwotny nakład 500 krążków z pewnością nie wystarczył. Stąd w moich rękach dziś jedna z wielu reedycji, dokonana już raczej po to, by zapoznać “nowych” fanów ze starymi dokonaniami metalowo-symfonicznych grajków.

Na pewno słychać, że produkcja nie jest tutaj idealna (szczególnie gdy połączymy to z głośnym remasterem, bo nie wierzę, że pierwotne nagranie brzmiało w ten sposób), a do realizacji niektórych pomysłów brakło pieniędzy. Ale sam krążek jest naprawdę w porządku, i należy pogratulować Holopainenowi (klawiszowiec i ojciec formacji) determinacji w tworzeniu od podstaw własnego stylu. Szkoda, że obecnie wszystko to ginie pod komercyjną produkcją i wielkimi kontraktami. Dlatego polecam “Angels Fall First”, gdzie można usłyszeć, jak naprawdę Nightwish powinien brzmieć.

A jak więc powinien? Zaczyna się niezwykle obiecująco – “Elvenpath” to szybkie, dobrze zgrane riffy, klawisze bardziej w tle, oraz Tarja Turunen śpiewająca w końcu tak jak należy. Może jej głos nie był jeszcze wtedy aż tak wyćwiczony, ale i tak jest to okres świetności. Szczególnie porównując do dzisiejszych występów, które wydają się wręcz parodią tego co było.

Kłopoty pojawiają się dopiero w drugiej kompozycji, gdy wchodzi męski głos. Wziął się on stąd, że plyta stara się opowiadać baśniowe historie (w taki bardzo “nightwishowski” sposób). Słuchając drugiego, w sumie przecież niezgorszego kawałka, zastanawiałem się, kto u licha pozwolił temu gościowi śpiewać. Szybkie sprawdzenie w googlach ukazało mi jednak, że nikt nikomu nie musiał dawać pozwolenia – to sam Holopainen stanął za mikrofonem. Czyżby nie mógł znaleźć nikogo, kto by chciał zaśpiewać na krążku? Teraz jak o tym myślę, to jest to dość… brawurowa decyzja. Jest to pewien smaczek, bo (całe szczęście) na przyszłych długograjkach “znaleźli się” już bardziej profesjonalni wokaliści.

Na uwagę zasługuje również przejmujący “Tutankhamen” czy tytułowa ballada “Angels Fall First”, w której Tarja pokazuje swoje najpiękniejsze oblicze. Pod sam koniec starczyło miejsca nawet na tzw. “długasa”, składającego się z czterech części. Nie jest to jeszcze mistrzostwo kompozytorskie, słucha się go trochę jak dema, ale na późniejszych krążkach dopracowano trochę niektóre elementy. Więc jeżeli mogę podsumować pierwszy krążek Nightwisha… Cóż, jest on na pewno bardzo udanym debiutem, początkiem. Dosyć kontrowersyjne jest, to co działo się potem, ale to inna… bajka ;)

Sam wygląd wydawnictwa jest nieprofesjonalny, sztampowy, bez większego pomysłu… więc po prostu jest.

Ocena albumu: 3

Nightwish - Angels Fall First
Przód
Nightwish - Angels Fall First
Bok
Nightwish - Angels Fall First
Środek
Nightwish - Angels Fall First
Książeczka
Nightwish - Angels Fall First
Książeczka
Nightwish - Angels Fall First
Książeczka
Nightwish - Angels Fall First
Książeczka
Nightwish - Angels Fall First
Tył
Barcode / Kod kreskowy 602517449343
Wytwórnia Universal Music / Spin-farm Records
Nr. Katalogowy -
Wydawnictwo zawiera Jewelcase z czarnym trayem, 16 stronicową książeczkę, płytę.
Ocena Ocena za wydanie
Hey - Do Rycerzy, Do Szlachty, Doo Mieszczan

Hey – Do Rycerzy, Do Szlachty, Doo Mieszczan (cd, box) – 2012

Hey nie zawiodło. Dostarczając na swojej najnowszej płycie wiele chwytliwych melodii wzbogaconych (jak to przystało na nowoczesne nurty alternatywne) sporą dawką elektroniki. Przez to całości słucha się naprawdę przyjemnie, a i z kilku utworów radia zrobiły sobie niezłą pożywkę. Co prawda jakiejś wielkiej odkrywczości w albumie adresowanym do mieszczuchów znaleźć nie można, co nie ujmuje płycie jako całości. Szczególnie, że trzyma poziom właściwie przez całe 45 minut (z drobnymi wyjątkami). Album pełen dobrych piosenek z dosyć wyjątkową wartstwą liryczną – nie sposób więc go nie polecić. Plus jako bonus genialny występ gościnny niejakiej pani Kulki Gaby.

I choć muzyka generalnie jest oceniana wysoko, to prawdziwym fenomenem jest to co widziałem na różnorakich stronach “dizajnerskich”. Ale nic dziwnego, bo trzeba przyznać, że projekt jest niezwykle dobry. Od samej sesji “szkolnej” z dobrymi zdjęciami, po element personalizacji (podpis), aż po zapakowanie wszystkiego w gustowny box. Należą się brawa. Jedyna wada to duża liczba “patronów medialnych” z tyłu (czyli tak naprawdę reklam), ale w końcu taka polska rzeczywistość.

Ocena albumu: 3+

Hey - Do Rycerzy, Do Szlachty, Doo Mieszczan
Przód boxa
Hey - Do Rycerzy, Do Szlachty, Doo Mieszczan
Bok
Hey - Do Rycerzy, Do Szlachty, Doo Mieszczan
Środek: książeczka, ołówek i miejsce do podpisu :)
Hey - Do Rycerzy, Do Szlachty, Doo Mieszczan
Tray w boxie i płyta
Hey - Do Rycerzy, Do Szlachty, Doo Mieszczan
Książeczka
Hey - Do Rycerzy, Do Szlachty, Doo Mieszczan
Książeczka
Hey - Do Rycerzy, Do Szlachty, Doo Mieszczan
Książeczka
Hey - Do Rycerzy, Do Szlachty, Doo Mieszczan
Książeczka
Hey - Do Rycerzy, Do Szlachty, Doo Mieszczan
Tył
Barcode / Kod kreskowy 5903427875655
Wytwórnia Supersam Music
Nr. Katalogowy SM 02
Wydawnictwo zawiera Box z wbudowanym trayem, ołówek, 16 stronicową książeczkę i płytę.
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanieOcena za wydanie
Henry Fool - Men Singing

Henry Fool – Men Singing (cd, mini-vinyl replica) – 2013

Niech nie zmyli Was tytuł. Na tym krążku co prawda udziela się dosyć znany wokalista (Tim Bowness) – ale przed mikrofonem nigdy nie staje, nie inaczej z pozostałymi osobami. Bowiem “Men Singing” to nowe tchnienie projektu, który pierwszy raz dał o sobie znać (nie zdobywając przy tym wielkiej chwały) w 2001 roku. Co się stało, że po 12 latach postanowiono nagrać coś nowego, w dodatku w niemalże kompletnie innym składzie? Czyżby tęsknota za niezbyt popularną mieszanką rock i jazz? Na to pytanie nie mogę Wam odpowiedzieć, za to na inne – czy to wyszło – postaram się.

Album zawiera cztery kompozycje, składające się na 40 minut muzyki. Nie za długo, akurat na tyle, by nie zmęczyć się samą koncepcją jazz-rocka, ale też nie za krótko, by muzykę rzeczywiście można było nazwać pełnym albumem. I jako pewien soundtrack, który ma niezbyt ingerować w otoczenie – muzyka sprawdza się idealnie. Jest nagrana w bardzo profesjonalny sposób, słychać dokładnie całe bogate instrumentarium. Niestety kompozycje są dopracowane bardziej w rzemieślniczy niż porywający sposób. Tak naprawdę ciężko by muzyka gdzieś za nami chodziła, by zapadła na dłużej. Trochę się czuję jak podczas czytania dobrej lektury szkolnej. Wszystko wydaje się piękne – ale jednak element pewnego zmuszania jest konieczny. Nawet wybijający się “My Favourite Zombie Dream”, który czerpie gdzieś po cichu z psychodelii i jest pełen eksperymentów z brzmieniem, jakoś szczególnie nie przekonuje. Dlatego dosyć cięzko ocenić jest album. Pełen dobrego brzmienia, ale jednak dosyć bezpłciowego… Przed zakupem proponuję posłuchać całości przynajmniej dwa razy. Oraz nie sugerować się urywkami, bo one brzmią niezwykle zachęcająco. Wystawiam ocenę “dobra płyta”, z pełną świadomością, że do albumu będę zaglądał raczej rzadko…

Zaś w kwestii wydania – udało mi się w ostatniej chwilii kupić wersję w mini-vinyl replica (teraz są dostępne zwykłe jewelcase’y). Mimo swojej prostoty sprawia dobre wrażenie, a design mi się podoba (rozkładówka!). Płyta została ukryta z boku w kopertce charakterystycznej dla winyli. Zebrałem na niej podpisy członków zespołu.

Ocena albumu: 3

Henry Fool - Men Singing
Przód
Henry Fool - Men Singing
Rozkładówka
Henry Fool - Men Singing
Bok
Henry Fool - Men Singing
Tył
Henry Fool - Men Singing
Typowa dla wydań winylowych kopertka – w tym wypadku na płytę CD. + Podpisy zespołu zdobyte w Londynie.
Barcode / Kod kreskowy 802644824420
Wytwórnia Kscope Music
Nr. Katalogowy KSCOPE244
Wydawnictwo zawiera Przyjemnie zaprojektowane opakowanie w stylu mini-vinyl replica, płytę w kopertce.
Ocena Ocena za wydanie

Mothlite – Dark Age (cd, digipak) – 2012

Krążek tak dobry, że można go słuchać na okrągło, a nudzi się powoli? Cóż, zdarzają się takie, ale najczęściej można znaleźć podobne przeglądając archiwa uznanych mniej lub bardziej zespołów. Dlatego cieszę się, że udało mi się odkryć taką perełkę jak niszowy projekt Mothlite. Niech nie zwodzi Was to, że krążek został wydany przez KScope. Nie wydaje mi się, żeby mimo tego kolaboracja Brytyjczyka Daniela O’Sullivana oraz Norwega Knuta Jonasa Sellevolda odniosła jakiś większy sukces komercyjny. Aż mi było smutno, jak podczas mini-festiwalu wytwórni skrócili im występ do niecałych 30 minut, a publiczność nie potrafiła docenić tej muzyki.

W “Dark Age” poruszamy się po pozornie utartych ścieżkach: rock alternatywny wraz ze sporą ilością elektroniki, downtempo i najróżniejsze eksperymenty z dźwiękami. Daje to spore pole do manewru, a także nie mniejsze możliwości czerpania garściami z dorobku innych artystów. Największym odczuwalnym minusem jest właśnie to, gdy ma się wrażenie, “że przecież to już było”. Niemniej jednak zauważalny jest również pierwiastek wyjątkowości oraz niebanalnego stylu. Przekazane zostały one w 11 piosenkach, które są od siebie na tyle różne, że każdy utwór można odkrywać osobno, ale na tyle spójne, by wszystko zamknęło się w jednej całości. Znajdziemy tu niezwykle zapadające w ucho, niemalże radiowe kompozycje (“Something in the Sky”, “The Underneath”) czy nieco trudniejsze w odbiorze (“Dreamsinter Nightspore”, “Wounded Lions”). Różnorodność pozwala na długie odkrywanie wszystkiego, co album ma do zaoferowania. Bogate instrumentarium, specyficzna maniera wokalna O’Sullivana czy chociażby gościnny występ wokalisty Ulvera (teraz już wiem, że głos tego człowieka naprawdę pasuje do wszystkiego…) to kolejne zalety albumu. Ja jestem naprawdę zauroczony tą płytą. Co prawda trochę się jej przesłuchałem, ale każdy powrót do niej tylko utwierdza mnie w przekonaniu o wybitności nagrania.

Niestety nie jestem zachwycony kwestią graficzną. Już trudno, że jest to zwykły, mały digipak. Ale minimalistyczne wykonanie typografii nie do końca się udało, a reszta grafik jest równie nieciekawa.

Ocena albumu: 4

Mothlite - Dark Age
Okładka. Autografy Daniela O’Sullivana oraz Knuta Jonasa Sellevolda zdobyte na minikoncercie grupy w Londynie.
Mothlite - Dark Age
Bok
Mothlite - Dark Age
Tray i płyta
Mothlite - Dark Age
Okładka książeczki wygląda chyba najlepiej z całej oprawy graficznej.
Mothlite - Dark Age
Teksty w książeczce. Minimalny, niepowalający design.
Mothlite - Dark Age
Tył wydawnictwa
Barcode / Kod kreskowy 802644820828
Wytwórnia Kscope Music
Nr. Katalogowy KSCOPE208
Wydawnictwo zawiera 16 stronicową książeczkę, płytę
Ocena Ocena za wydanie
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.