Archiwa kategorii: B

Tim Bowness / Peter Chilvers – California, Norfolk (2cd, digibook, reedycja 2013) – 2002

Nigdy nie zostałem rozczarowany przez jakąkolwiek twórczość czy projekt, w który byłby zaangażowany Tim Bowness, a sama jego postać kojarzy mi się równie pozytywnie. Dosyć niedawno wypuszczona została reedycja jednego z albumów, w którym uczestniczył – nagrana wraz z Peterem Chilversem („nieznanego” chociażby z kolaboracji z Brianem Eno). Niewiele potrzebowałem by spróbować Kalifornii okiem tych dwóch panów.

Choć w pewnym stopniu wiedziałem, czego mam się spodziewać: raczej przygaszonej, wolnej płyty, to jednak samo odkrycie stylu jakim operuje Chilvers jest niezwykle satysfakcjonujące. Jego ambientowe melodie, klawisze, powtarzające się dźwięki, minimalizm w pełnym rozkwicie – zdecydowanie warto się w nie zaopatrzyć podczas spaceru po miejskiej dżungli. Wokale Bownessa są niezbyt zaskakujące, ale nikt chyba tego nie oczekiwał, szczególnie ja. Wpisały się w tą konwencję wręcz idealnie.

„California, Norfolk” nie obfituje specjalnie w jakieś „przeboje” czy inne „hity”. Jedynym utworem, który mógłby się przebić do radia czy na potencjalnego singla to „Post-Its” z zapadającym w ucho refrenem i dosyć prosto skrojoną „podstawą” utworu. Natomiast cała reszta wydaje się być niezwykle równa. Proszę tylko nie mylić tego z brakiem różnorodności. Bo choć sam album kręci się w okół raczej jednej spójnej konwencji to każdy następny „numer” oferuje coś innego.

Stworzenie długiego i dobrego utworu to sztuka, którą niezwykle sobie cenię. Dlatego jestem pod niezwykłym wrażeniem „dziesięciominutówki” pochodzącej z kolaboracji. „Winter With You” to fenomenalne połączenie powolnego rozbudowywania utworu, wracających motywów, pięknych słów i olbrzymiej dawki smutku. Szczególnie piorunujący efekt jest dostępny na drugim dysku dołączonym do wydawnictwa (które zostało uznane jako „deluxe”), gdzie znalazła się wersja alternatywna utworu. Nie dość, że została jeszcze wydłużona, to głównym elementem ją tworzącym są mrożące dźwięki smyczko-podobne. Jest to bezsprzecznie najmocniejszy punkt wydawnictwa, za który należą się owacje na stojąco.

Oprócz tego na dodatkowym dysku znaleźć można wiele innych wersji alternatywnych, które często wcale nie są gorsze: warto więc przedłużyć sobie obcowanie z albumem. Starczyło również miejsca dla B-side’ów i kilku utworów wykonanych na żywo. Całość została opakowana Digibookiem w rozmiarze DVD i tradycyjnie wylewnymi notatkami od Tima. Choć oprawa graficzna jest skromna to podoba mi się. Dla pierwszych iluś-tam osób zamawiających dorzucono również dwie pocztówki, w tym jedna podpisana przez artystów.

Ocena albumu: 4

Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Okładka
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Pierwsze strony
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Bogaty opis historii albumu
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
…a także znaczenie pojedynczych autorów.
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Książeczka i kilka fotografii
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Bok
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Tył
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Dwie pocztówki dołączane do wydawnictwa
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Ta z „Californią” podpisana przez obu artystów
Barcode / Kod kreskowy =
Wytwórnia Burning Shed
Nr. Katalogowy =
Wydawnictwo zawiera Digibook wielkości DVD, 2 płyty CD, 2 pocztówki (w tym jedna podpisana przez obu artystów)
Ocena

Ocena za wydanieOcena za wydanieOcena za wydanie

Reklamy

Budka Suflera – 1974-1984 (cd, digipak, reedycja 2013) – 1984

Czy jest tu ktoś, kto by nie znał Budki Suflera? Szczerze wątpię. Już prędzej znalazłby się ktoś, kto by kojarzył zespół z „Takiego Tanga” i „Balu Wszystkich Świętych”. Okej – można i tak. W końcu to najbardziej znane piosenki, głęboko wyeksploatowane przez radia i inne media. Dziś zajmiemy się jednak bardziej klasycznym wcieleniem zespołu, biorąc pod lupę kompilację z pierwszych 10 lat aktywności studyjnej grupy.

Nie jestem zbyt specjalnie pozytywnie nastawiony do kompilacji (wręcz odwrotnie), ale już nie raz okazało się, że zdarzają się chwalebne wyjątki. Opisywany krążek, najbardziej zresztą znany w postaci winylowej – również można zaliczyć do takiej kategorii. Głównie dlatego, że nie jest to typowy skok na kasę, czy „The best of” kaleczący materiał wyjściowy. Wydawnictwo wymagało od grupy niewiele mniejszego zaangażowania niż niektóre albumy studyjne. Właściwie cały materiał z klasycznych płyt został nagrany na nowo. Co najważniejsze – w bogatszych aranżacjach, z większym rozmachem, niż było to wcześniej. Bo tak jak sama jakość skomponowanego materiału z tamtych lat broni się w całej okazałości do dziś, to samym nagraniom brakuje trochę do ideału. Nie tylko technicznie, ale umiejętności samej Budki były trochę ograniczone. Ma to swój niewątpliwy urok, ale osobiście żałuję, że chociażby suita „Szalony Koń” nie doczekała się podobnego odrestaurowania jak utwory z „1974-1984”. Poza tym album stał się również domem dla piosenek nie wydanych wcześniej w żaden sposób – chociażby „Czas Ołowiu” czy też pamiętliwa „Jolka, Jolka, pamiętasz”. Jakimś cudem autorom udało się sprawić, by materiał był ze sobą spójny. Musiało to być o tyle trudne, bo ukazane są tutaj najróżniejsze oblicza zespołu (szczególnie mówię tutaj o trzech różnych wokalistach). Być może jest to też trochę zasługa wspomnień (w „dawnych” czasach często odsłuchiwałem płytę z oryginalnego, czarno-płytowego wydania). Niemniej jednak jest to kluczowy „album” czy też „kompilacja” w historii polskiego rocka.

Okładka przedstawiająca helikopter (skąd bierze się potoczna nazwa albumu) trzyma się mimo swoich lat zaskakująco dobrze. Samo wydanie w digipacku jest próbą przedstawienia oryginalnego designu w mniejszej formie. Nie jest to jednak nic zaskakującego. Dosyć ciekawe jest wytłoczenie płyty CD w wypukły sposób, przez co dotykiem przypomina stare wydanie. Z drugiej strony to ukazanie przez wydawcę, że jedyne i pełnoprawne wydanie to było to na winylu, a wersja CD to tylko taka „wspominka”.

Ocena albumu: 4+

Budka Suflera - 1974-1984
Przód
Budka Suflera - 1974-1984
Bok
Budka Suflera - 1974-1984
Digipak w środku i płyta. Sam krążek ma wypukłości symulujące płytę winylową.
Budka Suflera - 1974-1984
Lista utworów.
Budka Suflera - 1974-1984
Tył
Barcode / Kod kreskowy 5907783425301
Wytwórnia Muza Polskie Nagrania Muzyczne
Nr. Katalogowy PNCD 1530
Wydawnictwo zawiera 3-płatowy Digipak, płyta.
Ocena Ocena za wydanie

Blackfield – Blackfield IV (cd+dvd, digibook) – 2013

No to doczekałem się. Bo czwarty Blackfield to było coś, za czym naprawdę wyglądałem. W końcu chyba jako jeden z nielicznych zaliczam się do fanów „Welcome to my DNA”, o czym zresztą można się przekonać w tym miejscu. Tym bardziej moja ciekawość była spotęgowana. W jakim kierunku projekt pójdzie tym razem? Szczerze mówiąc to też jakoś okropnie nie przejąłem się informacją, że Steven Wilson weźmie udział w tym albumie bardziej jako gość. Przecież jego rola jako dobrego opiekuna twórczości Geffena powinna wystarczyć, jak już mu się nie chce, to wcale nie musi nic pisać. Chociaż wiem, że to jest pewien cios w całe sedno projektu, a bez udziału „bosonogiego” może być ciężko z chociażby frekwencją na koncertach, czego przykładem może być ostatnia solowa płyta Aviva Geffena z 2009 roku, która nie podbiła chyba niczyjego serca, a występy musiały być reklamowane wielkimi napisami „STEVEN WILSON JAKO GOŚĆ!”. Cała ta otoczka sprawiła, że naprawdę nie wiedziałem co wyjdzie z „Czwórki”. Blisko premiery można już było posłuchać coraz większą ilość tzw. „sampli” czy nawet dwie pełne piosenki, dzięki którym zakrzyknąłem entuzjastycznie na swoim facebooku:

bfivfb

 Teraz bardzo daleko mi od takiej opinii. Dlaczego? Bo czułem się o wiele bardziej, jakbym słuchał połączenia kompletnie solowej płyty Aviva, jakichś dziwnie krótkich miniaturek z gośćmi oraz rzuconych dwóch na krzyż rzeczywiście „Blackfieldowych” piosenek. I na pewno nie jest to coś, na co czekałem. Nie zrozumcie mnie źle – jeżeli przymknąć oko na niczym nieskrępowany śpiew Aviva, który w takiej „czystej” postaci może się podobać głównie masochistom, to piosenek (czy też „pioseneczek”) słucha się całkiem przyjemnie. Ale może po kolei?

Początek jest z pewnością obiecujący. „Pills” to utwór, który garściami czerpie z poprzedniego dorobku projektu, ale też dodaje kilka drobnych, nowych elementów. Przybijająca, kontrastowa, wpadająca w ucho… W sumie cztery osoby na mikrofonie dają też wrażenie przestrzenności (aż przykro, że nie mam teraz dostępu do wersji 5.1.). Nawet zakończenie całkiem przypadło mi do gustu, choć podobne już było w „Zigota” z poprzedniego albumu… Ale okej, dodany efekt wysamplowanego głos niejakiej Alex Moshe jest wystarczająco unikalny.

Kolejny utwór „Springtime” zaczyna się w tak bardzo nudny i nieciekawy sposób, że za każdym razem jak słyszę pierwsze pierwsze 30 sekund, mam ochotę przełączyć dalej. Na szczęście zaraz powoli wchodzą orkiestracje, które w refrenie wraz techniką gry na gitarze typu „slide” tworzą sedno utworu. Po prostu na samym początku trzeba sobie wyobrazić przepiękne zdjęcie użyte jako artwork do tej piosenki. „Springtime” to pierwsza miniaturka, którymi przepełniony jest album. Przez dwie minuty człowiek dopiero zdąży się przyzwyczaić do konceptu, a ten właśnie się kończy i zmienia się w coś kompletnie odrębnego. Tworzy to taki niesamowity chaos na całym krążku, że można się poczuć jak podczas słuchania jakiejś nie do końca dobrze zebranej składanki, aniżeli pełnoprawnego albumu. Utwór jest całkiem okej, ale zanim zauważymy, że w ogóle leci, czas już na kolejną miniaturkę!

Super słodko-piękny, pełny rozmarzenia… ale zaraz, komu wystarczy dwie i pół minuty by się poważnie rozmarzyć? A może to był taki koncept, że w dzisiejszym świecie, nie ma za bardzo czasu na cokolwiek, dlatego te utwory są takie krótkie? Aviv się broni, żeby nie oceniać długości, tylko wartość artystyczną samych utworów, ale jak niby tego nie robić, skoro to tak bije po oczach?! uszach?! Dobrze, dobrze, pioseneczka-miniatureczka w sumie nie zaskakuje niczym, przypomina mi trochę „Dreaming Light” Anathemy, skąd w końcu wziął się gość-wokalista. Tylko z „X-Ray” jest taki problem, że piosenka jest, a potem zaraz jej nie ma, i znów brakuje czasu by się z nią jakoś oswoić…

Coś dłuższego? No w końcu! Tylko, że znowu mamy tutaj okropny początek (wokale Aviva – wszytko jasne). Przynajmniej dalej nie jest źle. Całkiem porządny popowy utwór, który ratuje Wilson w chórkach. Tylko dlaczego mi tutaj tak zalatuje Coldplayem? Czyżby ktoś o czymś zapomniał?

„Firefly” to zaś kawałek, dzięki któremu wiele zawdzięczam. Występuje na nim Brett Ansderson, którego jak najszybciej wygooglowałem by trafić do jego zespołu-matki, czyli Suede. No bo co tu dużo mówić, ale jego głos, to jedna z najlepszych rzeczy na „Blackfield IV”. Mimo, że piosenka jest dość zwykła, a końcówka jakby ukradziona z poprzedniego albumu, to jednak potrafi się całkiem nieźle obronić. Nie, nie będę już wypominać długości, bo to muszę zrobić z…

„The Only Fool is Me”. Kolejna miniatura. Tym razem za mikrofonem stanął Jonathan Donahue. Jako przerywnik w „prawdziwym” albumie jestem pewien, że dawałby radę, ale przerywnik w albumie przerywników… cóż. Nawet nie ma za bardzo co napisać.

„Jupiter” to najmocniejszy punkt na krążku, przyczyna mojej początkowej niezwykłej ekscytacji. Na „pierwszy raz” polecam zapoznać się z teledyskiem, który potęguje wrażenia! Utwór sentymentalny, z pięknymi aranżacjami, sprawdzonym głosem Wilsona, z godnymi chórkami, oraz urzekającym tekstem. Naprawdę trzeba czegoś więcej? W końcu czuć tu Blackfield, a utwór trwa niecałe cztery minuty! Cud!

„Kissed By Devil” to agresywniejszy utwór, z mocniejszymi gitarami, ale też typowym kontrastowaniem między częściami utworu. Chyba jedyna część, gdzie występujące pojedynczo wokale Aviva się bronią (w chórkach oczywiście pomoc od Wilsona). Ale kurczę, to kolejny „OK” utwór, w zasadzie jakoś szczególnie się nie wybijający… Czy ja właśnie zacząłem tęsknić za poprzednimi Blackfieldami, których można było słuchać na okrągło przez cały dzień? Przecież w wywiadzie Aviv mówił, że w procesie twórczym wszystkie „OK” piosenki zostały odrzucone, a zostały tylko najlepsze… Dokładnie takim samym typem piosenki jest „Lost Souls”. Ech.

Zaś „Faking” jest jakby żywcem wyciągnięty z solowego albumu Aviva. To chyba niestety oznacza, że nie jest on tak naprawdę płodnym artystą, a po prostu powtarza to co stworzył na nieco inne sposoby. Znów typowa popowo-rockowa piosenka, i kolejny raz mógłbym powiedzieć co najwyżej „OK”, bo szczególnie nie urzeka w niej nic.

Na koniec liczyliście na killer? Spójrzmy wstecz: końcówki Blackfieldów są wręcz kwintesencją projektu. „Hello”, „End of the World”, „DNA”. A tutaj co dostaliśmy na koniec? Półtora minutową miniaturkę, z jakże ambitnym tekstem (cytuję): „Rain / After the rain / There’s sun”, mająca być niejako zapowiedzią, co czeka nas w przyszłości (a już się boję), w której główną rolę pełni niezbyt odkrywcza elektronika w stylu Drum and bass lub Dubstepu (jak to określił Aviv). Tyle szczęścia, że ja mam jakąś słabość do tego typu dźwięków połączonych z orkiestrą… Co oczywiście nie sprawiło, że zostałem nasycony. A to już koniec. Te 31 minut mija tak szybko, że album zostaje w świadomości niemalże niezauważony.

Bo nie zrozumcie mnie źle – w zasadzie każdy utwór jest chociażby „trochę” ładny, wszystkiego da się słuchać bez większych zgrzytów, jest kilka naprawdę dobrych momentów, ale… Niestety, zawsze jest jakieś ale. Biorąc pod uwagę, że te słowa pisze nieco zdruzgotany fan formacji, który robił sobie nadzieję na kolejną chociażby wybijającą się płytę, a dostał… Znów użyję tego sformułowania: płytę „OK” – myślę, że Blackfield IV wcale nie jest aż tak zły. Ale czy opłaca się go kupować – na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć indywidualnie. Bo jak dla mnie to… mimo wszystko, chyba tak.

Szczególnie, że wydanie to jeden z największych plusów. Za panelem dizajnerskim stanęła znana z wielu innych płyt opisywanych chociażby na moim blogu londyńska firma Aleph Studio, która jak zwykle podołała zadaniu. Spójrzcie zresztą na zdjęcia! Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to chaos, ale on w pewien sposób odwzorowuje to, co znajdziemy na płycie, więc chyba można wybaczyć?

Oprócz samej płyty CD otrzymaliśmy również DVD ze wspominanym już przeze mnie 5.1. – po raz pierwszy w historii Blackfield, ale niestety na chwilę obecną nie mam możliwości posłuchania tej wersji. Gdyby tylko taką zdobędę – zdam relację.

Ocena albumu: 3

Blackfield - Blackfield IV
Prezentacja
Blackfield - Blackfield IV
Bok
Blackfield - Blackfield IV
Pierwsza płyta i początek wydawnictwa
Blackfield - Blackfield IV
Artworki są bardzo ładne…
Blackfield - Blackfield IV
…w końcu za oprawę graficzną odpowiedzialne jest Aleph Studio…
Blackfield - Blackfield IV
…jedyny problem jest taki, że nie są one do końca spójne.
Blackfield - Blackfield IV
Znalazła się nawet rozkładówka.
Blackfield - Blackfield IV
To chyba najbardziej niepasujące do reszty zdjęcie.
Blackfield - Blackfield IV
Autorzy
Blackfield - Blackfield IV
Druga płyta.
Blackfield - Blackfield IV
Tył
Barcode / Kod kreskowy 802644822525
Wytwórnia Kscope Music
Nr. Katalogowy KSCOPE225
Wydawnictwo zawiera 28 stronicowy digibook, 2 płyty
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanieOcena za wydanie

Bon Iver – Blood Bank (cd, digipak) – 2009

Gdy przeglądałem płyty na Amazon.co.uk jedna z nich zwróciła moją uwagę – był to „Blood Bank” Bon Ivera, który sprzedawany był za naprawdę niewielkie pieniądze (jakieś 12 zł?). Co prawda nie znałem całego materiału z tej EPki – a tylko fenomenalny utwór a-capella „Woods”. Postanowiłem dodać więc wydawnictwo do koszyka, już chociażby ze względu na tą piosenkę. Trzeba przyznać, że niewiele osób pomyślało tak jak ja – 80% sprzedaży całej płyty, odbyło się w wersji cyfrowej. No ale to ich strata! Chociaż trzeba przyznać, że „Blood Bank”, „Beach Baby” i „Babys” nie porywają szczególnie, więc równie dobrze wydawnictwo mogłoby być singlem.

Digipak w stylu digisleeve (płyta schowana w jednym z płatów digipaka) robi nawet fajne wrażenie, choć trzy zdjęcia wyglądają strasznie instagramowo.

Bon Iver - Blood Bank
Prezentacja
Bon Iver - Blood Bank
Przód
Bon Iver - Blood Bank
Digipak
Bon Iver - Blood Bank
Digipak
Bon Iver - Blood Bank
Płyta
Bon Iver - Blood Bank
Tył
Barcode / Kod kreskowy 656605213422
Wytwórnia Jagjaguwar
Nr. Katalogowy
Wydawnictwo zawiera 3-płatowy digipak, płytę schowaną w sposób digisleeve
Ocena Ocena za wydanie

Bon Iver – Fore Emma, Forever Ago (cd, jewelcase, wyd. 2008) – 2007/2008

Bon Iver trafił do dość mocnego mainstreamu – może nie było go wszędzie pełno, ale udało mi się o nim usłyszeć parę razy od kilku różnych osób. Coś musiało być na rzeczy – spróbowałem więc. Dzieło ukrywającego się pod pseudonimem Justina Vernona okazało się niezwykle klimatyczne, subtelne oraz w pewien sposób magiczne. W uzyskaniu takiej aury niewątpliwie pomogło mu to, że płytę nagrał bez większych czynników zewnętrznych, sam będąc  nawet inżynierem dźwięku. Poza tym nagrania czynił zamykając się w usytuowanym w lesie „domku nagraniowym”. To wszystko czuć – mimo, że płyta wcale nie brzmi jak amatorszczyzna. Proste, akustyczne utwory, jednak przepełnione emocjami i umiarkowaną liczbą eksperymentów okazały się strzałem w dziesiątkę – również na komercyjnym tle. Cała płyta okazała się bardzo dobra i wyjątkowa…

Sama oprawa graficzna nie powala – co prawda okładka jest dość trafiona, ale znowu nie wybija na tle innych… W 12 stronicowej książeczce zaś nie zmieściło się za wiele zdjęć…

Ocena albumu: 3+

Bon Iver - For Emma, Forever Ago
Przód
Bon Iver - For Emma, Forever Ago
Środek
Bon Iver - For Emma, Forever Ago
Książeczka
Bon Iver - For Emma, Forever Ago
Książeczka
Bon Iver - For Emma, Forever Ago
Tył
Barcode / Kod kreskowy 652637280920
Wytwórnia 4AD
Nr. Katalogowy CAD 2809CD
Wydawnictwo zawiera Jewelcase, 12 stronicową książeczkę, płytę.
Ocena Ocena za wydanie

Blackfield – Welcome to my DNA (cd, digibook) – 2011

Kto by pomyślał, że nowa płyta Blackfield nie będzie nazywać się po prostu „III”? A tu zaskoczenie (zresztą nie jedyne związane z tym krążkiem), nazwa jest i to niezwykle intrygująca. DNA ma tu chyba oznaczać, że mimo pozornych zmian w człowieku, tak naprawdę w głębi duszy cały czas pozostaje taki sam. Witam w świecie, gdzie ja to po prostu ja.

Gdy na „Blackfield II” panowie Steven Wilson i Aviv Geffen nieco ujednolicili brzmienie, o tyle tutaj zaszło to jeszcze dalej. Idealna produkcja i wyczucie wraz z dość cichym nagraniem płyty (dawno się nie spotkałem z nowością nagraną tak cicho) stanowi fundament tej niezwykłej płyty. Mimo, że większość materiału skomponował Geffen, a nie ubóstwiany przez wszystkich Wilson, okazuje się, że „Welcome to my DNA” jest jak najbardziej godne uwagi. Utwory opisują kompletnie różne historie, ale wszystko do siebie pasuje i jest na swoim miejscu. Pozornie podobne brzmienia i wręcz niebiańska orkiestra (po raz pierwszy prawdziwa, nie syntezatorowa!) sprawiają, że podczas słuchania albumu targają mną najróżniejsze uczucia. Spokojne „Glass House”, „Rising of the Tide”, delikatnie wkurzone „Go to Hell” i „Blood” (jak widać nawet agresywne utwory mogą być subtelne), nieco melancholijne „Rising of the Tide” i „Far Away”, skłaniające do przemyśleń, a jednocześnie niezwykle singlowe „Oxygen”… Znalazło się miejsce nawet na radość – „Waving”, aż w końcu, podsumowujące płytę „DNA” to drugi najlepszy utwór duetu, zaraz po „End of the World”.

Słyszałem wiele opinii na temat tego krążka, większość nie była pozytywna. Zarzucano Blackfieldowi odejście od podstawowej koncepcji z „jedynki”, udział Wilsona raczej jako gościa niż stałego członka (w końcu zresztą opuścił projekt…) czy powtarzalność. Nie trafia do mnie żaden ten argument. Płyta jest po prostu piękna w swojej prostocie. I tu mały paradoks, bo wcale nie jest taka prosta, na jaką „wygląda”…

Limitowane, dawno wyprzedane wydanie w niewielkim digibooku naprawdę mi się podoba. Artworków poza zdjęciami jest co prawda niewiele, ale idealnie wpasowują się w klimat utworów. Poza tym ciężko znaleźć książeczkę z dobrymi zdjęciami wykonawców – tu fotograf naprawdę bardzo się postarał, sesja wyszła genialnie.

Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Prezentacja
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Przód
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Bok
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Środek
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Książeczka
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Książeczka
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Książeczka
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Książeczka
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Książeczka
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Książeczka
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Książeczka
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Tray i płyta
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Tył
Barcode / Kod kreskowy 802644816722
Wytwórnia Kscope Music
Nr. Katalogowy KSCOPE167
Wydawnictwo zawiera 24 stronicowy digibook, płytę
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanie

Blackfield – Blackfield II (cd, super jewelbox) – 2007

Jak się okazało pierwszy Blackfield odniósł sukces. Fani Stevena Wilsona oraz jego współpracownika Aviva Geffena, musieli na nowy krążek poczekać trzy lata. Czy było warto? Ja uważam, że jak najbardziej. Zostaliśmy uraczeni 10 utworami, które z poprzedniego albumu czerpią to co najlepsze – lekkie, przyjemne, pop-rockowe granie, orkiestrę, pewną ilość smutku i duet wokalny obu panów. Ale „Blackfield II” posiada też własny styl, jest on bardziej spójny niż „jedynka”. Dodatkowo na tej właśnie płycie zawarty jest najlepszy utwór Blackfielda jaki kiedykolwiek powstał – „End of the World”. Może jako całość album nie jest tak dobry jak pierwsza część, ale jak najbardziej można powiedzieć, że się broni na całej linii.

Płyta wydana w super-modnym super-jewelboxie, wraz z niewielką, niezbyt ciekawą (no i mocno widać fotoszopa…) książęczką

Blackfield - Blackfield II
Przód
Blackfield - Blackfield II
Środek
Blackfield - Blackfield II
Książeczka
Blackfield - Blackfield II
Książeczka
Blackfield - Blackfield II
Tył
Barcode / Kod kreskowy 802644712628
Wytwórnia Kscope Music
Nr. Katalogowy KSCOPE126M
Wydawnictwo zawiera Super jewelbox, 8 stronicową książeczkę, płytę
Ocena Ocena za wydanie