Archiwa kategorii: C

Tim Bowness / Peter Chilvers – California, Norfolk (2cd, digibook, reedycja 2013) – 2002

Nigdy nie zostałem rozczarowany przez jakąkolwiek twórczość czy projekt, w który byłby zaangażowany Tim Bowness, a sama jego postać kojarzy mi się równie pozytywnie. Dosyć niedawno wypuszczona została reedycja jednego z albumów, w którym uczestniczył – nagrana wraz z Peterem Chilversem („nieznanego” chociażby z kolaboracji z Brianem Eno). Niewiele potrzebowałem by spróbować Kalifornii okiem tych dwóch panów.

Choć w pewnym stopniu wiedziałem, czego mam się spodziewać: raczej przygaszonej, wolnej płyty, to jednak samo odkrycie stylu jakim operuje Chilvers jest niezwykle satysfakcjonujące. Jego ambientowe melodie, klawisze, powtarzające się dźwięki, minimalizm w pełnym rozkwicie – zdecydowanie warto się w nie zaopatrzyć podczas spaceru po miejskiej dżungli. Wokale Bownessa są niezbyt zaskakujące, ale nikt chyba tego nie oczekiwał, szczególnie ja. Wpisały się w tą konwencję wręcz idealnie.

„California, Norfolk” nie obfituje specjalnie w jakieś „przeboje” czy inne „hity”. Jedynym utworem, który mógłby się przebić do radia czy na potencjalnego singla to „Post-Its” z zapadającym w ucho refrenem i dosyć prosto skrojoną „podstawą” utworu. Natomiast cała reszta wydaje się być niezwykle równa. Proszę tylko nie mylić tego z brakiem różnorodności. Bo choć sam album kręci się w okół raczej jednej spójnej konwencji to każdy następny „numer” oferuje coś innego.

Stworzenie długiego i dobrego utworu to sztuka, którą niezwykle sobie cenię. Dlatego jestem pod niezwykłym wrażeniem „dziesięciominutówki” pochodzącej z kolaboracji. „Winter With You” to fenomenalne połączenie powolnego rozbudowywania utworu, wracających motywów, pięknych słów i olbrzymiej dawki smutku. Szczególnie piorunujący efekt jest dostępny na drugim dysku dołączonym do wydawnictwa (które zostało uznane jako „deluxe”), gdzie znalazła się wersja alternatywna utworu. Nie dość, że została jeszcze wydłużona, to głównym elementem ją tworzącym są mrożące dźwięki smyczko-podobne. Jest to bezsprzecznie najmocniejszy punkt wydawnictwa, za który należą się owacje na stojąco.

Oprócz tego na dodatkowym dysku znaleźć można wiele innych wersji alternatywnych, które często wcale nie są gorsze: warto więc przedłużyć sobie obcowanie z albumem. Starczyło również miejsca dla B-side’ów i kilku utworów wykonanych na żywo. Całość została opakowana Digibookiem w rozmiarze DVD i tradycyjnie wylewnymi notatkami od Tima. Choć oprawa graficzna jest skromna to podoba mi się. Dla pierwszych iluś-tam osób zamawiających dorzucono również dwie pocztówki, w tym jedna podpisana przez artystów.

Ocena albumu: 4

Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Okładka
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Pierwsze strony
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Bogaty opis historii albumu
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
…a także znaczenie pojedynczych autorów.
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Książeczka i kilka fotografii
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Bok
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Tył
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Dwie pocztówki dołączane do wydawnictwa
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Ta z „Californią” podpisana przez obu artystów
Barcode / Kod kreskowy =
Wytwórnia Burning Shed
Nr. Katalogowy =
Wydawnictwo zawiera Digibook wielkości DVD, 2 płyty CD, 2 pocztówki (w tym jedna podpisana przez obu artystów)
Ocena

Ocena za wydanieOcena za wydanieOcena za wydanie

Reklamy

Cocteau Twins – Treasure (cd, jewelcase, reedycja 2002) – 1984

Ostatnio mam szczęście natrafiać na płyty, które od samego początku i pierwszych dźwięków uwalniają wszystkie emocje w nich zawarte, jednocześnie pamiętając by zostawić coś na kolejne i kolejne przesłuchania.

Jedną z nich było „Treasure”, które odkryłem w dosyć sztampowy sposób – trafiłem na zespół Cocteau Twins poprzez gościnny występ wokalistki Elizabeth Fraser na krążku „Mezzanine” Massive Attacku. Po krótkim obejrzeniu „co w Internecie piszczy” na temat grupy, szybki wybór padł na najbardziej doceniony krążek szkockich dream-poperów.

Nigdy wcześniej nie trafiłem na taki gatunek, ale jeżeli „Treasure” jest jego typowym przedstawicielem, to wcale mnie taka nazwa nie dziwi. Niezwykły, mistyczny, może nawet trochę gotycki, ale właśnie przede wszystkim rozmarzony klimat to chyba to, co jest największą siłą tego Skarbu. Tak, tak, nawet tytuł płyty jest trafiony już nawet nie tyle w „dziesiątkę” co w „jedynastkę”. Może i brzmi dosyć narcystycznie ze strony artystów, ale krążek naprawdę mocno kojarzy się z takim pięknym, oszlifowanym diamentem. A sama liczba twórców jest tak bardzo ograniczona do minimum, że jest ich w sumie sześciu (w tym jeden designer i dwóch inżynierów dźwięku). W swoim porozumieniu, udało im się stworzyć dzieło niezwykłe, nienurzące, pełne muzycznych zwrotów akcji, wszystko zamykając w spójnym koncepcie. Elizabeth Fraser posiada anielsko przepiękny głos i używa go w ciężki do opisania, kompletnie własny i nietypowy sposób, poruszając się jak Królowa po magicznych pejzażach dźwiękowych. Pełne są one eksperymentalnych gitar (głównie łagodnych). Jestem niezwykle zdumiony jak niewiele środków wyrazu trzeba było użyć by stworzyć taką przestrzeń dźwiękową. Zaś automaty perkusyjne, które zostały użyte (bądź sample – nie jestem pewien) od zawsze mnie rajcowały, i stanowią bazę dla unikalnego brzmienia zespołu.

Do czynienia mamy na płycie z mega-wpadającymi w ucho kompozycjami jak „Ivo”, agresywnymi manifestami („Persephone”), wesołymi, podnoszącymi na duchu utworami („Lorelei”). Znalazło się miejsce również na wręcz ambientową czterominutówkę – „Otterley”, oraz kwintesencję albumu w utworze zamykającym. I tutaj mógłbym dostrzec pierwszą wadę – po 40 minut czegoś tak pięknego… odczuwałem niedostyt. Wiem, że mamy do czynienia ze starannie wyselekcjonowanym materiałem, ale konieczne jest tutaj przesłuchanie płyty co najmniej kilkukrotne pod rząd. Można się więc domyślić, że zjawisko „przesłuchania” nadchodzi bardzo szybko. Na szczęście po przerwie można powrócić w ten pięknie wykreowany świat na nowo. Bez żadnych strat.

To, że prawdziwego Szkota ciężko zrozumieć, nawet jeśli mówi po angielsku – przekonałem się mieszkając w Wielkiej Brytanii. A teraz proszę sobie wyobrazić, że na „Treasure” nikt się nie wstydzi szkockiego akcentu, a wokalistka bawi się w gry słowne i przeinaczanie słów, przez co warstwy lirycznej po prostu nie rozumiem. Wręcz czuję się jak podczas słuchania Sigur Rósowego wymyślonego języka. Ale to wcale nie wpływa negatywnie na odbiór dzieła… Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że jest odwrotnie.

Niestety samo wydanie jest niezwykle ubogie. Okładka też mnie jakoś specjalnie nie powaliła, a w mojej reedycji jest wydrukowana w dosyć niskiej rozdzielczości, przez co wygląda trochę jak pirat. Zaś zamiast książeczki otrzymaliśmy karteczkę z listą utworów i w zasadzie tyle.

Ocena albumu: 4+

Cocteau Twins - Treasure
Okładka
Cocteau Twins - Treasure
Bok
Cocteau Twins - Treasure
Środek wydawnictwa
Cocteau Twins - Treasure
„Książeczka”, chociaż ciężko tą karteczkę tak nazwać…
Cocteau Twins - Treasure
Tył
Barcode / Kod kreskowy 652637041224
Wytwórnia 4AD
Nr. Katalogowy GAD 412 CD
Wydawnictwo zawiera Jewelcase, okładkę-karteczkę, płytę.
Ocena Ocena za wydanie

Coldplay – A Rush of Blood to the Head (cd, jewelcase) – 2002

Dwa lata po wydaniu (i zapomnieniu) przez Coldplay swojej poprzedniej płyty, całkiem udanego debiutanta „Parachutes”, nadszedł czas premiery kolejnego krążka z dość dziwną okładką. Po raz drugi zostaliśmy uraczeni miłymi piosenkami w stylistyce brit-popu i ogólniej alternatywnego rocka. Czy warto?

Szczerze mówiąc nie jestem pewien. Tak jak z „Parachutes” nie mam większych problemów by przesłuchać całość, to w „A Rush…” zaczynają się pewne kłopoty. Mam wrażenie, że pewien koncept (który później i tak był kontynuowany) powoli zaczął się wyczerpywać. Nie ujmując oczywiście bardzo udanym utworom, np. „The Scientist” czy „Clocks”. Nie wiem czy ludzie po prostu potrzebują ciepłej, klimatycznej i prostej rozrywki, że tak masowo rzucili się na Coldplaya, ale jeżeli ja mam powoli dość już na drugiej płycie to nie świadczy za dobrze. Uważam wręcz, co w przypadku innych zespołów potrafi być świętokradztwem, że Coldplay o wiele lepiej brzmiałby na „Best-offach”, zapominając o średniawkach i wypełniaczach. Wtedy talent muzyków z formacji do pisania niezapomnianych piosenek mógłby być o wiele bardziej uwydatniony.

Jak więc jest z „A Rush of Blood to the Head”? Ano nic. Trochę piosenek do posłuchania, trochę do przeklikania i tyle… Żeby już nie tworzyć zbyt dużo akapitów o designie napiszę w tym, bo w zasadzie nie ma co: jest bardzo standardowo, zresztą wystarczy spojrzeć poniżej.

Ocena albumu: 2+

Coldplay - A Rush of Blood to the Head
Przód
Coldplay - A Rush of Blood to the Head
Bok
Coldplay - A Rush of Blood to the Head
Środek
Coldplay - A Rush of Blood to the Head
Książeczka
Coldplay - A Rush of Blood to the Head
Książeczka
Coldplay - A Rush of Blood to the Head
Książeczka
Coldplay - A Rush of Blood to the Head
Tył
Barcode / Kod kreskowy 724354050428
Wytwórnia EMI / Parlaphone
Nr. Katalogowy
Wydawnictwo zawiera Jewelcase, 8 stronicową książeczkę, płytę.
Ocena Ocena za wydanie

Czesław Śpiewa – Debiut (cd, digipak) – 2008

Polacy dość mocno podzielili się, gdy zadebiutował Czesław Mozil wraz ze swoim zespołem (nazwanym po prostu „Czesław Śpiewa”). Jedni nie mogli zrozumieć zachwytów nad jego twórczością, zaś inni zostali oczarowani jego osobą jak i unikalnym stylem muzycznym, który łączył ze sobą folk, poezję śpiewaną, indie rock… i wiele innych, bo zaszufladkować „Debiut” jest bardzo ciężko. Ja dołączyłem do grupy fanów Czesława ze względu na tą niepowtarzalność – szczególnie klimat albumu, którego teksty zostały stworzone przez internautów na onetowskim chacie, a całości doglądał Michał Zabłocki, znajomy Czesława. Warstwa liryczna jest więc chaotyczna, zabawna, czasem nieco kiczowata – ale to kolejny niezwykle ważny element płyty. Użyte instrumenty (akordeon, sekcja dęta) to też nie coś, na czym opiera się dzisiejsze hity. Mimo to singiel – „Maszynka do Świerkania” odniósł niesamowity sukces (został zrealizowany do niego nawet teledysk, najlepszy ze wszystkich Czesławowych). Cóż się tu długo rozwodzić – Czesia albo się lubi, albo nie – a „Debiut” jest zbiorem udanych i intrygujących piosenek.

Posiadam wersję płyty w digipaku z rysowanymi ręcznie artworkami – pasuje to do ogólnego stylu Mozila. Książeczka zaś została przytwierdzona do opakowania, a każdy utwór został zilustrowany. Całkiem przyjemnie!

Ocena albumu: 3+

Czesław Śpiewa - Debiut
Prezentacja
Czesław Śpiewa - Debiut
Przód
Czesław Śpiewa - Debiut
Bok
Czesław Śpiewa - Debiut
Po otworzeniu digipaka
Czesław Śpiewa - Debiut
Środek
Czesław Śpiewa - Debiut
Książeczka
Czesław Śpiewa - Debiut
Książeczka
Czesław Śpiewa - Debiut
Książeczka
Czesław Śpiewa - Debiut
Książeczka
Czesław Śpiewa - Debiut
Tył
Barcode / Kod kreskowy 5903427872081
Wytwórnia Mystic Production
Nr. Katalogowy MYSTCD 055
Wydawnictwo zawiera 3-płatowy digipak, płytę, 23 stronicową książeczkę przytwierdzoną do digipaka
Ocena Ocena za wydanie

Crippled Black Phoenix – I, Vigilante (cd, digipak) – 2010

Dziś mam niezbyt romantyczną historię – zespołu (czy jak się później dowiedziałem – supergrupy) Crippled Black Phoenix zacząłem słuchać, gdy pewien znajomy podesłał mi link do utworu „Troublemaker” na Youtube. Od razu wiedziałem, że muszę mieć tą płytę! Taki brudny, post-rockowo-progresywny charakter sprawiły, że przypadła mi do gustu na tyle, by słuchać ją całymi dniami. Pomagało w tym też to, że niektóre motywy muzyczne tak bardzo odciskają się w głowie, że nuci się je cały czas! Zaś nie przeszkodziło mi w odbiorze płyty to o czym traktuje – z początku nie zagłębiałem się w ogóle w warstwę liryczną, a okładka nic nie zdradzała. Album dość ciężko było kupić za sensowne pieniądze, więc do książeczki nie miałem dostępu. Z lekkim szokiem przyjąłem wojenną tematykę utworów. Ale na szczęście nie zraziła mnie i krążek nadal wielbię i polecam. Kupiłem nawet inne twory zespołu, ale już żaden z nich nie powtórzył we mnie tych samych odczuć co „I, Vigilante”.

Nie dość że album był ciężko dostępny, drogi (widziałem oferty sprzedaży po 70 zł!) to został wydany w malutkim, dwupłatowym digipaku wraz z malutką książeczką. Wygląda więc raczej jak singiel a nie pełnoprawny album. A szkoda!

Ocena albumu: 4

Crippled Black Phoenix - I, Vigilante
Prezentacja
Crippled Black Phoenix - I, Vigilante
Bok
Crippled Black Phoenix - I, Vigilante
Środek
Crippled Black Phoenix - I, Vigilante
Książeczka
Crippled Black Phoenix - I, Vigilante
Książeczka
Crippled Black Phoenix - I, Vigilante
Tył
Barcode / Kod kreskowy 5024545600520
Wytwórnia INVADA RECORDS
Nr. Katalogowy INV95
Wydawnictwo zawiera 2-płatowy digipak, 8 stronicową książeczkę, płytę
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanie

Candlemass – Epicus Doomicus Metallicus (2 cd, slipcase, super jewelbox, reedycja 2007) – 1986

Gdy zafascynowany byłem metalową Anathemą, postanowiłem zgłębić temat – a dokładniej ten podgatunek, jakim jest doom metal. Nic dziwnego, że trafiło na prekursorów, od których zresztą wzięła się nazwa stylu („Doomicus Metallicus”). Bardzo mnie zaskoczyło jak smutna, metalowa muzyka (często zahaczająca o tematy mistyczne) może być aż tak bardzo mącić w umyśle, by człowiek przez cały dzień później ją nucił. Nie bez znaczenia jest tu na pewno głos wokalisty, który w zależności od potrzeby potrafi wyciągnąć, zniżyć głos lub go w ciekawy sposób zmodulować. Same metalowe riffy są zadziwiająco dopieszczone, a mimo dość długich czasów trwania utworów, wszystko ze sobą gra.

W moje ręce trafiła reedycja z 2007. Nie potrzebnie kupiłem ją na promocji, gdyż otrzymałem pogiętą książeczkę (w zafoliowanym egzemplarzu, co jest dość dziwne), która zresztą jest wykonana z kiepskich materiałów. Na szczęście zawartość jest jak najbardziej w porządku. Kilka vintage’owych zdjęć, teksty, a także krótkie „spojrzenie po latach”. Naprawdę fajnie wyglądają płyty, które mimo nadruku, błyszczą się we wszystkie strony. Pudełko to zwykły super jewelbox dwupłytowy, a to wszystko zostało dodatkowo zapakowane w slipcase’a (na zdjęciu poniżej widzicie zarysowanie, które też było od nowości…) Dodatkowa płyta zawiera występ live, w którym panowie dają radę, szkoda tylko, że nie aż tak bardzo jak w studiu. W każdym bądź razie całkiem miły dodatek, a sama płyta wcale nie była droga (bodaj około 30-35 zł).

Ocena albumu: 4+

Candlemass - Epicus Doomicus Metallicus
Slipcase
Candlemass - Epicus Doomicus Metallicus
Super jewelbox i slipcase
Candlemass - Epicus Doomicus Metallicus
Tył
Candlemass - Epicus Doomicus Metallicus
Środek i pierwsza płyta
Candlemass - Epicus Doomicus Metallicus
Druga płyta
Candlemass - Epicus Doomicus Metallicus
Książeczka
Candlemass - Epicus Doomicus Metallicus
Książeczka
Candlemass - Epicus Doomicus Metallicus
Książeczka
Candlemass - Epicus Doomicus Metallicus
Książeczka
Barcode / Kod kreskowy 80105672012
Wytwórnia Peacville Records
Nr. Katalogowy CDVILED201X
Wydawnictwo zawiera Super jewelbox w slipcase’ie, 16 stronicowa książeczka, 2 płyty CD
Ocena Ocena za wydanie

Coldplay – Parachutes (cd, jewelcase) – 2000

Coldplay to bardzo znany zespół, mimo względnie niedługiego okresu działalności. Jednak wszystkie single sukcesywnie wzbijają się na najwyższe miejsca list przebojów, a radia kolekcję Coldplayowych utworów często wykorzystują, ku uciesze słuchaczy. Jednak przyjrzyjmy się dokładniej płycie studyjnej jako całości, bo chyba każdy się zgodzi, że „Yellow” i „Trouble” brzmi w radiu znakomicie.

„Parachutes” to pierwszy album grupy, który jeszcze trzyma poziom generalnie po całości. Mimo że piosenki są proste i utrzymane w dość brit-popowym sosie, to jednak sporo niezłych pomysłów i znakomity głos wokalisty świadczą o sile „Spadochronów”. Całości słucha się jak najbardziej przyjemnie, utwory łatwo wchodzą do głowy (z wyjściem gorzej, ale to przecież tylko plus). To co później Coldplay zaczął wyrabiać to inna bajka, ale „Parachutes” myślę, że jest dobrą płytą niemal dla każdego.

Płytę kupiłem opakowaną tekturką wraz z następnym dziełem zespołu, w dość przyjaznej cenie (jeśli się nie mylę około 45 zł za dwa krążki). Wydanie oczywiście nie powala, ale w tej cenie wcale nie musi.

Coldplay - Parachutes
Przód
Coldplay - Parachutes
Przód
Coldplay - Parachutes
Środek
Coldplay - Parachutes
Książeczka
Coldplay - Parachutes
Książeczka
Coldplay - Parachutes
Książeczka
Coldplay - Parachutes
Tył
Barcode / Kod kreskowy 724352778324
Wytwórnia EMI Records
Nr. Katalogowy
Wydawnictwo zawiera Jewelcase z czarnym trayem, 8 stronicową książeczkę, płytę
Ocena Ocena za wydanie