Archiwa tagu: Anathema

[Bilet] Five Years of Kscope: Two Nights at The Garage, 24-25.07.2013 (Anathema, Amplifier i inni)

Oto relacja z dwudniowego minifestiwalu KScope, w ramach którego wystąpiło aż 8 artystów. Zacząłem ją pisać dobre pół roku temu, dziś postaram się dokończyć… Ale chyba sami doskonale wiecie, że PM nie słynie zbytnio z ogólnie rozumianej terminowości. Cena biletów wyniosła 32 funtów (z różnymi opłatami 36). Nie jest źle, szczególnie, że w Polsce za samą Anathemę trzeba wybulić dobre 120 zł.

W pierwszy dzień na miejsce dotarłem półtorej godziny przed planowanym otworzeniem wejścia (jak się okazało: dokładniej to dwugodzinnym). Głównie dlatego, że zapowiedziano upominki dla pierwszych gości. Załapałem się, co widać w poprzednim wpisie. Ale kurczę, dwie godziny nic nie robienia? Tak nie może być. Podszedłem do pobliskiej mapki okolicy i zobaczyłem park – czemu nie, czas trochę pozwiedzać nieznane mi wcześniej rejony Londynu. Dość ciepło, a w parku można się schronić przed atakującym słońcem. Pierwsze zdziwienie, że akurat przechodziłem obok Jonasa Renkse’a z Katatoni i Bruce Soorda z The Pineapple Thief, którzy akurat mięli robione to zdjęcie. Ale nie podchodziłem – po pierwsze nie miałem ich płyty, po drugie, wcale jakoś nie przepadam za tym drugim panem, a i ich kolaboracja „Wisdom of Crowds” to szczyt artyzmu nie jest. Gdy już ich ominąłem zobaczyłem nieco ważniejszą dla mnie postać – Tima Bownessa z no-man, który stał wraz ze swoim zespołem Henry Fool. Zebrałem podpisy a także zamieniłem kilka słów z Timem. Jego język był niezwykle piękny i poetycki. Dowiedziałem się, że na następny dzień spotyka się ze Stevenem Wilsonem by działać w sprawie najnowszego albumu no-man. Niestety rzeczywistość zrewidowała trochę plany, i zamiast nowego efektu współpracy tych dwóch panów, czeka na nas „tylko” lub „aż” solowy krążek sygnowany nazwiskiem Bowness.

Wstępu wystarczy, teraz czas na koncerty!

Na sam początek został rzucony Henry Fool, czyli zespół jazz-rockowy. Grali perfekcyjnie technicznie, niestety tłumu nie porwali – znajomość utworów na sali była zerowa, a dodatkowe oklaski pojawiły się tylko gdy na scenę wszedł Tim Bowness. Ten po raz pierwszy grał na gitarze i zrobił to… dość dziwnie. Bo przez większość czasu nudził się na scenie, a jak już coś grał to było to zwariowane naparzanie. Końcówka tego krótkiego, bo tylko 30 minutowego występu jednak zmiażdżyła energią.

Ale publiczność niemalże od razu zapomniała o zespole, bo na scenę wyszedł „ktoś” od Kscope – nie mam większego pojęcia kto – i zachęcał do kupowania płyt, wychwalał publiczność oraz zapowiedział No Sound (zespół „lodowatego piękna”). I nie pomylił się w tym wypadku wcale, bo koncert przypominał mroźny powiew. Może nie do końca udolny, bo temperatura na sali wzrastała coraz bardziej… Znów tylko krótkie 40 minutowe granie, jak najbardziej udane, nie odbiegające od tego co można usłyszeć na studyjnych albumach. W takiej krótkiej formie nie zdążyło znużyć, a włosi zdążyli się zaprezentować w swojej pełnej okazałości.

Niestety koncerty, na które czekałem najmniej (poza Anathemą) były najbardziej wyczekiwanymi. Ponad godzinę zagrali bowiem Bruce Soord i Jonas Renkse w swym nowym projekcie „Wisdom of Crowd”, który wydawał mi się dość ciekawy, ale występ wcale nie wyszedł dobrze. Proste, niezbyt urzekające Soordowe riffy połączone z trochę zbyt banalną elektroniką, i co prawda sprawdzonym wokalistą, ale który śpiewa niemalże na każdym albumie od dobrych kilku lat w taki sam sposób – proszę wybaczyć, nie porwało mnie to. Ewentualnie mogę uznać, że singiel „Frozen North” zagrali bardzo fajnie. Ale generalnie się zawiodłem – miałem nadzieję, że na żywo zaprezentują się lepiej, bo sam materiał wydawał się dobry do grania live. Jak się jednak okazało: większość publiki i tak była zadowolona.

Na sam koniec pierwszego dnia, z najdłuższym setem, usłyszeć mogliśmy zespół Amplifier. Miałem z nim raczej bardzo średnie wspomnienia – supportowali Anathemę na koncercie w Krakowie. Wynudziłem się wtedy okropnie – grali na jedno kopyto i nijak ich energia do mnie trafić nie chciała. Zapamiętałem tylko, że mięli o wiele lepszą grę świateł niż sam główny wtedy zespół – czyli Anathema.
I chyba przez ten czas czegoś się nauczyli, bo mimo że nie wiązałem z tym występem większych nadziei, to kurczę, było całkiem fajnie! Może trochę za długo i pod koniec już się odczuwało znużenie, ale obiektywnie rzecz ujmując to chyba rzeczywiście był najlepszy występ tego wieczoru. Tym razem trochę udzieliła mi się promenująca od Amplifiera energia, połączona z bardzo fajną (ale nie zniewalającą) oprawą graficzno-wizualną i światłami (jeszcze lepszymi niż ostatnio). Patrząc po reakcjach widowni wydaje mi się, że chyba wszyscy odebrali ten koncert w podobny sposób co ja.

Drugi dzień okazał się jeszcze większą niespodzianką niż poprzedni. Najbardziej oczekiwałem na koncert Mothlite (akurat bardzo dogłębnie obsłuchiwałem krążek „Dark Age”), oraz Anathemy z wiadomych względów.

Ale ze sporym entuzjazmem powitałem pierwszy zespół tego dnia – Leafblade. Przydało mu się, bo znowu, analogicznie do poprzedniego dnia, znajomość zespołu wśród publiczności była zerowa. Niby pomogło mu trochę to, że Danny Cavanagh jest jednym z członków tego projektu, ale miał on problemy techniczne przez cały występ, przez co nie zagrał prawie wcale. A reszta zespołu naprawdę dała czadu! Wyszło piękne, akustyczne show, byłem zaskoczony jak lider grupy, Sean Jude, doskonale radzi sobie z odwzorowaniem klimatu znanego mi wcześniej ze studyjnego albumu, a wręcz go pogłębienie – tym razem występ wygrał z krążkiem! Cóż, widownia nie była zbytnio zainteresowana Leafblade’em, bo cały czas masę ludzi przeszkadzało w odbiorze grupy poprzez rozmowy…

Na scenę zaraz potem wszedł Daniel O’Sullivan oraz Knut Jonas Sellevold, którym zajęło sporo czasu rozłożenie swoich instrumentów i urządzeń, w konsekwencji musieli jeszcze bardziej skrócić setlistę Mothlite – na około 25 minut. I to jest największy grzech, którego nie wybaczę organizatorom. Bo jakim cudem najbardziej ambitna i zaangażowana w swój występ grupa musiała grać najkrócej? Niestety więc odegrane zostało tylko kilka utworów, ale za to jak! Nie dość, że nie były to czyste kopie ze studyjnego krążka, to muzykom udało się stworzyć niezwykłą przestrzeń muzyczną oraz puścić wodze fantazji. Improwizacje, szczególnie perkusyjne (na tym miejscu gościnny muzyk) oraz wokalne O’Sullivana zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Niestety panowie pozostawili po sobie niedosyt, a ja mam nadzieję, że kiedyś uda mi się trafić na „prawdziwy” koncert grupy. Choć jest ona na tyle niszowa, że będzie to bardzo trudne… Miałem też wrażenie, że dla ludzi muzyka jest zbyt trudna lub nieciekawa (jakim cudem – nie wiem), gdyż było strasznie gwarno, mimo niesprzyjających warunków do tego. Nie zauważyłem też zbytniego entuzjazmu wśród crowdu*, przez co trochę straciłem wiarę w ludzkość.

Następną grupą, która miała nas uraczyć swym graniem było North Atlantic Oscillation. Nie było to moje pierwsze spotkanie z grupą, przesłuchałem kilka ich albumów studyjnych, szczególnie, że kiedyś zostali poleceni przez Stevena Wilsona. Ale nie podzielam jakiegokolwiek entuzjazmu związanego z NAO. Bez problemu mogę zakwalifikować ten około godzinny występ (wciąż jeszcze płaczę nad super-skróconym Mothlite…) jako najmniej udany z całego wydarzenia. Obyło się bez niespodzianek: zagrali nudno i przewidywalnie. Choć we wręcz perfekcyjny sposób, to nie zmienia to faktu, że ledwo co pamiętam, że ich widziałem na żywo. Nie świadczy to zbyt dobrze, prawda? Generalnie twórczość zespołu – wystylizowanego trochę na nerdów – można bez większej straty ominąć dosyć sporawym łukiem.

Co ciekawe publiczność nie wydała się zbyt zachwycona (choć szczerze mówiąc to nie powinienem się na nią zbyt powoływać…), ale to pewnie tylko kwestia wyczekiwania na główną gwiazdę całego wydarzenia. Anathemę już kiedyś odwiedziłem podczas występu w Krakowie i wiedziałem czego się spodziewać: energicznego, dobrego grania. Jako spory fan formacji wyczekiwałem więc końca wieczoru, jak zresztą każdy na sali. Niestety okazało się, że tego dnia nie zostałem uraczony oryginalnym i prawdziwym składem zespołu: Daniel Cardoso, który zazwyczaj stoi za klawiszami – tym razem zasiadł za perkusją, przez co byliśmy pozbawieni dosyć ważnej części muzyki. Co prawda – w miarę możliwości – ratował sytuację Vincent, ale to jednak nie to samo, bo on przecież musiał dzierżyć przez większość czasu w rękach gitarę. Poza tym zabrakło jednego z braci Cavanaghów – basisty Jamie’ego, który został zastąpiony bliżej mi nieznaną osobą. W takim osłabionym składzie dało się wyczuć, że nie jest to typowy i prawdziwy występ grupy. Choć panowie starali się jak mogli, było słychać, że nie są w najlepszej formie. Ponad godzinny, nieco skrócony set, zawierał głównie utwory z dwóch ostatnich krążków studyjnych. Druzgocące okazało się to, że otrzymaliśmy tylko po jednej (!) kompozycji z „Judgement” i „A Natural Distaster”. No ale jaka Anathema jest – każdy widzi. Nie da się ukryć, że dobrze było ich zobaczyć na nowo. Szkoda tylko, że później mocno skontrastował mi się występ z tym, co można było zobaczyć na ostatnim audiowizualnym wydawnictwie

Jak widzicie ogólnie moje wrażenia są bardzo ambiwalentne. Niemniej jednak nie żałuję kompletnie – kilka występów było naprawdę ciekawych, resztę można było przełknąć bez strasznych zgrzytów. Poza tym w sklepiku dostępne były płyty w niższej cenie niż detaliczna, sporo było też gadżetów. Dodatkowo załapałem się na zestaw upominkowy, który już dosyć dawno przedstawiłem na łamach PM.

* Crowd – dosłowne tłumaczenie to mniej-więcej „ekipa”, ale tak się określa też ogół ludzi uczestniczących w koncercie. Tak wiem, beznadziejny wrzut angielskiego wyrazu do polskiego teksu 😉

Kscope Night at The Garage Bilet

Organizator Kscope. Klub „The Garage”
Cena biletu 32 funty brytyjskie (karnet dwudniowy) + opłaty rezerwacyjne (około 4 funtów)

Anathema – Universal („Fan’s Edition”, blu-ray+dvd+2cd, dvd-digibook) – 2013

Wcześniej nie recenzowałem ani jednego z trzech koncertów, które już Anathema ma w swoim dorobku wydawniczym. Dlaczego? Nie byłem pewny czy jest sens je kupować. Pierwszy z ’96 roku to jeszcze mocno żeliwny kawał metalu, coś o czym zespół niemalże zapomniał. Dwa następne „Were you there?” i „A Moment in Time” były dość niedopracowane, przy tym nieźle się powtarzały. Przez to pewne ikoniczne utwory grupy nigdy nie miały prawowitego nagrania wizualnego. Po wydaniu dwóch ostatnich albumów odrodziły się nadzieje na zapis koncertu, gdyż panowie (i jedna pani) 😉 występowali niezwykle często na scenach świata, a ich umiejętności grania, śpiewania i ogólnego „performowania” stale się podwyższały. To był bez wątpienia dobry okres na nową „koncertówkę”.

KScope nie pożałowało grosza i zapewniła spory rozmach temu wydarzeniu. Antyczny, rzymski teatr wypełniony bułgarskimi fanami po brzegi, orkiestra, dynamiczne światła oraz Lasse Hoile jako reżyser. Nie mogło się nie udać, nie? Mając taką nadzieję, bardzo długo przed ostateczną premierą „Universal”, przełączyłem się w tryb oczekiwania…

TAK! Udało się! W końcu mamy naprawdę dobrą płytę koncertową od Anathemy! Wszystko tu gra jak należy. Najoczywistszą rzeczą, z której już sobie zdawałem sprawę odwiedzając zespół na koncertach, jest głos Vincenta, który ewoluował w taki sposób, że teraz jest niemalże perfekcyjny (w sumie to samo można powiedzieć o Lee Douglas). Czasem wręcz ciężko uwierzyć, że ten człowiek ma przez te bite dwie godziny siłę dalej wyciągać w taki sposób 😉 Wokale ożywiły niektóre już wysłuchane przeze mnie na wszystkie strony piosenki. Chociażby „A Simple Mistake”, „Flying”, „Dreaming Light” czy „A Natural Disaster”. Ale nie tylko to. Wydaje mi się, że członkowie zespołu po prostu bardziej się zaangażowali i przekazali jeszcze więcej emocji niż na innych, mniejszych koncertach. Obecność orkiestry symfonicznej z pewnością dodaje pewnej rangi całemu wydarzeniu, ale nie jest aż tak zauważalna i potencjał jest nie do końca wykorzystany. Oczywiście wszystkie aranżacje są w porządku, ale pamiętajmy, że ostatnie albumy studyjne też zawierały sekcje orkiestralne. Przez to dźwięki tworzone przez Plodiv Philharmonic Orchestra są zbyt oczywiste, bo już w końcu wcześniej znane.

Mimo, że piosenki w jakiś zauważalny sposób nie zmieniły się od tego, co znane jest studyjnie, to jednak z większości z nich zespół potrafił wydobyć świeżość. Musi to brzmieć jeszcze świetniej dla „niedzielnych” fanów formacji, którzy nie są obeznani tak z materiałem. Nawet do technicznych zagadnień muzycznych nie mam nic do zarzucenia. To znaczy prawie: brak dźwięku 5.1. Ale tym razem odpuszczam, bo nawet nie miałbym jak go przetestować w obecnych warunkach.

Lasse Hoile ma lepsze i gorsze momenty jako reżyser czy „artworkrzysta”, tutaj jednak spisał się naprawdę porządnie. Oglądanie nie męczy, a nieudanie zapisane sceny można policzyć na palcach jednej ręki. A jest też kilka fenomenalnych, z wykorzystaniem bogatego, zmiennego oświetlenia. Dodaje to pewnego mistycznego klimatu, którym zresztą występ jest przepełniony.

Ale ten bardzo udany występ to nie wszystko, co zawiera wydawnictwo. Bo jako bonus dorzucono wykonanie pięciu utworów w wersji akustycznej z Londynu. Kameralny, skromny koncert, z udziałem tylko trzech osób z zespołu, okazuje się zawierać jeszcze większe pokłady piękna niż wydawałoby się „danie główne”. Wcześniej udostępnione publicznie zostało tylko genialne „Thin Air” i szczerze mówiąc naprawdę czekałem na resztę. Szczególnie utwór „Kingdom”, nie wykonywany od tak dawna. Pomijając publiczność, która zaklaskała tą kompozycję, nowa aranżacja akustyczna okazała się fenomenalna. Nie inaczej z „A Natural Disaster” czy pozostałymi dwiema.

Podsumowując: wydawnictwo polecam naprawdę serdecznie. Szczególnie, że otrzymujemy aż dwa występy, które tak bardzo się różnią. A oba są niezwykle udane. Szkoda tylko, że akustycznie tak krótko… Może kiedyś zapis pełnego koncertu w takiej stylizacji? 😉

Co do designu to niewątpliwie muszę pochwalić okładkę. Z jednej strony niby sztampowa, ale jednak pomysł z gwiazdami sprawił, że niezwykle przyjemnie się na nią patrzy. Trochę gorzej z tym co w środku. Oczywiście sam digibook wygląda naprawdę fajnie, to jednak większość zdjęć to nieciekawe ujęcia z „making-offu”. Za to te zrobione podczas koncertu wyglądają naprawdę świetnie! Szkoda, że nie starczyło materiału by wypełnić nimi całą książeczkę.

Ocena albumu: 4

Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Przód (wydawnictwo w slipcase’ie)
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Bok wydawnictwa
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Prezentacja digibooka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Pierwsze dwie kopertki na płyty.
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Płyta Blu-Ray
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Płyta DVD
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka – około połowa to zdjęcia z przygotowań. Niestety niezbyt ciekawe.
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka – jest też kilka zdjęć z koncertu. Dzięki wszystkim światłom wyglądają o wiele ciekawiej, niż „backstage”. Jest ich niestety mniej, pewnie dlatego, że ciężej je wykonać.
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Kopertki na płyty CD.
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Tył
Barcode / Kod kreskowy 802644851778
Wytwórnia KSCOPE Music
Nr. Katalogowy Kscope517
Wydawnictwo zawiera 44-stronicowy Digibook z wysokiej jakości papierem fotograficznym, z czterema „kopertkami” na płyty przymocowanymi do niego, slipcase, płytę blu-ray, dvd oraz 2 cd.
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanieOcena za wydanie

Anathema – We’re Here Because We’re Here (cd+dvd, digibook) – 2010

We’re Here Because We’re Here. O tej płycie napisano już wiele. Szczególną uwagę ogólnie ujętych mediów muzycznych, oprócz tego, że jest to album studyjny po 7 latach przerwy od wydania poprzedniego, było mocno rozreklamowana obecność Stevena Wilsona jako osoby odpowiedzialnej za miks, oraz Ville Vallo’ego (krążą legendy, że jest ktoś, kto usłyszał jego głos, schowany gdzieś głęboko w chórkach). Dla mnie krążek stał się w jakiś sposób ważny z całkiem innych powodów. A to dlatego, że dopiero zaczynałem interesować się Anathemą („We’re…” był drugim albumem, którego posłuchałem), a o Stevenie Wilsonie nie wiedziałem jeszcze nic. Jeżeli się też nie mylę, było to jedno z pierwszych wydawnictw, które miałem w 5.1. oraz w naprawdę godnej oprawie graficznej.

Muzyka? Na pierwszy rzut ucha słychać tu wręcz przesadną pielęgnację dźwięku. Na szczęście Anathema odnalazła się na tyle dobrze w stylistyce post-rockowej, że bynajmniej nie jest to dzieło puste. Po naprawdę wielu przesłuchaniach albumu, dalej mogę (i czasem to robię) wrócić do niego bez bólu. Ba, nawet z odnowieniem różnych wspomnień związanych z piosenkami. Choć wydawałoby się, że to uczucia uśpione.

Bardzo podobało mi się w „We’re here…” różnorodność w klimacie poszczególnych utworów. Słuchając płyty można balansować na sinusoidzie pozytywów i wesołości oraz przygnębiającego smutku. Przy tym niemalże ciągle jest nastrojowo, w różnym tego słowa znaczeniu.

Jeśli chodzi o wspomnianą oprawę graficzną: za aparat złapał jeden z członków zespołu i wyszło mu to na tyle dobrze, że to co znaleźliśmy na poprzednich krążkach, designowanych przecież przez niezwykle znanego artystę – Travisa Smitha – blednie. Spójność, logiczny koncept i piękno pasujące do muzyki to trzy atrybuty stanowiące o sile wydawnictwa. Szczególnie w digibooku.

Ocena albumu: 4

Anathema - We're Here Because We're Here
Prezentacja (wraz z podpisem Danny’ego Cavanagha)
Anathema - We're Here Because We're Here
Bok
Anathema - We're Here Because We're Here
Pierwsza płyta
Anathema - We're Here Because We're Here
Książeczka
Anathema - We're Here Because We're Here
Książeczka
Anathema - We're Here Because We're Here
Książeczka
Anathema - We're Here Because We're Here
Książeczka
Anathema - We're Here Because We're Here
Tył
Barcode / Kod kreskowy 802644815428
Wytwórnia KSCOPE Music
Nr. Katalogowy Kscope154
Wydawnictwo zawiera 16-stronicowy Digibook z matowym papierem i trayami po bokach, 2 płyty: CD i DVD.
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanieOcena za wydanie

Anathema – A Natural Disaster (cd, jewelcase, reedycja 2006) – 2003

Kolejna ciężka płyta do oceny przede mną, a zarazem kolejny album Anathemy. To co się rzuca na sam początek to na pewno okładka (nikogo chyba nie zdziwi, że stoi za nią Travis Smith?). Łącząc ją z tytułem, otrzymujemy idealny obraz tego, co będzie można usłyszeć na płycie. Wyjątkowo smutną i przybijającą płytę. Nawet zaryzykowałbym, że to najbardziej gnębiące dzieło zespołu od czasów „Eternity”. Impulsem do wydania tego albumu było podobnież rozstanie się jednego z braci Cavanagh – Daniela – ze swoją żoną. Przez to cała płyta wypełniona jest balladami, które przeszły już do kanonu najlepszych utworów kapeli – „Are You There?”, „A Natural Disaster” czy „Flying”. Masę uczuć można także znaleźć w utworze „Closer” czy najszybszym utworze na płycie – „Pulled Under At 2000 Meters a Second”. Najgorzej wyszły pierwszy i ostatni utwór – które pełnią rolę wypełniaczy. Ale co mnie bardzo zdziwiło – gdy przesłuchałem płytę „po latach”, okazało się, że mimo tego „wypełniastwa” niezwykle wpasowały się w całość albumu i słuchając wszystkich kompozycji po kolei, po prostu by ich brakowało.

Wystawienie oceny gwiazdkowej jest niezwykle trudne w przypadku „A Natural Disaster”. Z jednej strony mamy niezwykle udane kompozycyjnie utwory, z drugiej dość raczej krok w tył w stosunku do poprzedniego albumu, jeśli chodzi o dźwięk. Ale mimo to, całość sprawia na tyle dobre wrażenie, że z całą świadomością daję albumowi aż cztery gwiazdki.

Okładka jest fenomenalna, ale niestety cała reszta oprawy nieco kuleje. Co prawda spodobał mi się zabieg zmieszczenia wszystkich słów na dwóch stronach, pozbawiając ich przecinków i innych znaków interpunkcyjnych, ale tak to wydawnictwo nie prezentuje raczej nic ciekawego pod względem designerskim. A szkoda.

Ocena albumu: 4

Anathema - A Natural Disaster
Przód
Anathema - A Natural Disaster
Bok
Anathema - A Natural Disaster
Książeczka
Anathema - A Natural Disaster
Książeczka – wszystkie teksty napisane bez jakichkolwiek znaków interpunkcyjnych. To akurat fajny zabieg, ukazujący płytę jako pewną całość.
Anathema - A Natural Disaster
Książeczka
Anathema - A Natural Disaster
Środek
Anathema - A Natural Disaster
Tył
Barcode / Kod kreskowy 828768285527
Wytwórnia Sony BMG / Music For Nations
Nr. Katalogowy
Wydawnictwo zawiera Jewelcase, 12-stronicową książeczkę, płytę
Ocena Ocena za wydanie

Anathema – The Silent Enigma (cd, digipak, reedycja 2003) – 1995

Album studyjny Anathemy nagrany po odejściu Darrena White’a tylko pogłębił pierwotny koncept zespołu. Mocne, doom metalowe, surowe gitary połączone z krzykiem (po raz pierwszy za mikrofonem stanął Vincent Cavanagh… i nie opuścił tego stanowiska do dziś), a wszystko jest spięte w całość pewną wrażliwością. Wrażliwość i mocny metal to może nie są zbyt fortunne synonimy, ale paradoksalnie na tym oparła się Anathema, przez co stworzyła swój własny sposób na rozumienie tego gatunku. A sam album „The Silent Enigma” jest chyba moim ulubionym kawałkiem doomowego metalu. Co prawda nie jest bez wad – niektóre części wydają się nieco wydłużone czy niedopracowane, ale klimat po prostu powala. Krzyki Vincenta zresztą też (choć z jakichś przyczyn na koncertach ich nie mógł powtórzyć…), a ballada „…Alone” to najlepszy utwór tego typu, jaki kiedykolwiek nagrała Anathema. Polecam na gorsze dni.

Mały digipak bez książeczki – nie brzmi to zbyt dumnie. Wybija się tylko tak naprawdę niezwykle klimatyczna okładka, która zresztą nie została przygotowana stricte do albumu. Jest to po prostu obraz – no ale trzeba przyznać, że ten kto dobierał dzieło miał gust! Jako, że jest mamy do czynienia z reedycją, to nie obyło się bez dodatków: utwór „The Silent Enigma” w wersji orkiestralnej (co prawda „Falling Deeper” to nie jest, ale dla fanów i tak niezła ciekawostka), a także niezwykle udane wykonanie „Sleepless” z 1996 roku, na wokalu z Vincentem.

Ocena albumu: 4

Anathema - The Silent Enigma
Prezentacja
Anathema - The Silent Enigma
Bok
Anathema - The Silent Enigma
Środek digipaka
Anathema - The Silent Enigma
Całe wydawnictwo
Anathema - The Silent Enigma
Tył
Barcode / Kod kreskowy 801056705228
Wytwórnia Peaceville Records
Nr. Katalogowy CDVILED 52
Wydawnictwo zawiera 3-płatowy digipak, płytę
Ocena Ocena za wydanie

Anathema – A Fine Day to Exit (cd, jewelcase, reedycja 2006) – 2001

Tytuł albumu mógłby sugerować jakiś koniec, albo przynajmniej dłuższą przerwę… Jak się okazało, „A Fine Day to Exit” był dość poważnym krokiem w rozwoju Anathemy, który wciąż postępuje. Rodzinny zespół wyzbył się już kompletnie metalowych elementów, coraz bardziej rozbudowując gitarowe pejzaże. Jak łatwo się domyślić: dalej w smutnym stylu. Płyty słucha się bardzo przyjemnie (moim zdaniem to jedno z najlepiej wyprodukowanych dzieł grupy), ma też niepowtarzalny klimat, choć mogłoby się wydawać, że Anathema właściwie „męczy” te same tematy przez cały czas. Jednak ten przytłaczający klimat, mający zwieńczenie w jednym z najlepszych utworów zespołu – „Temporary Peace” – zaowocował naprawdę dobrym albumem. Może nie jest on wybitny, ale wraca się do niego… cóż, ciężko napisać „miło”, jeszcze trudniej „smutno”… Ale wraca się na pewno.

Co do oprawy graficznej – okładka jest niesamowicie udana, wpasowuje się w wyjątkowość albumu w idealny sposób. Nieco mniej podoba mi się to, co jest w środku. Miało być mistycznie, zastanawiająco, ale po mnie – niestety – tego typu arty spływają bez większego zastanowienia… A szkoda. Wiemy przecież, że Travisa Smitha stać na więcej.

Ocena albumu: 3+

Anathema - A Fine Day to Exit
Przód
Anathema - A Fine Day to Exit
Bok
Anathema - A Fine Day to Exit
Środek
Anathema - A Fine Day to Exit
Książeczka
Anathema - A Fine Day to Exit
Książeczka
Anathema - A Fine Day to Exit
Książeczka
Anathema - A Fine Day to Exit
Książeczka
Anathema - A Fine Day to Exit
Tył
Barcode / Kod kreskowy 828768285428
Wytwórnia Sony BMG / Music for Nations
Nr. Katalogowy
Wydawnictwo zawiera Jewelcase, 12 stronicową książeczkę (z elementami rozkładającymi się), płytę
Ocena Ocena za wydanie

Anathema – Falling Deeper (cd, digibook) – 2011

Kompilacja-reaktywacja Anathemy – już druga z kolei (pierwszą był „Hindsight„). Tym razem zamiast na instrumenty akustyczne, położono nacisk na orkiestralne aranżacje, sporo pianina – co było strzałem w dziesiątkę. Mam jednak z jej oceną wielki problem. „Falling Deeper” jest kompletnie nierówne, a z tego co czytałem, różnie odbierają je różne osoby. Jednak dla mnie kompozycje dzielą się na trzy kategorie jakości:
1) Genialne: „Crestfallen”, „Sleep in Sanity”, „Sunset of Age”
2) Dobre: „Kingdom”, „They Die”, „Everwake”
3) Średnie – cała reszta: „J’ai fait une promesse”, „Alone”, „We the Gods”.
Ze względu na pierwszą kategorię „Falling Deeper” niesamowicie często lądowało w moim odtwarzaczu. Jednak nie można zapomnieć, że to jedynie niecałe 15 minut. Druga kategoria, która jest całkiem niezła, też szybko się kończy. A utwór „Alone”, który przedłużono aż do 7 minut okazał się kompletnym niewypałem. Błądzący wokal i brak pierwotnego, genialnego klimatu, kompletnie rozwaliły ten utwór. Na nic nie pomogło wstawienie do środka kawałka „Suicide Veil”.
Więc skąd się wzięła ocena trzech gwiazdek? Postanowiłem po prostu wyciągnąć średnią z poszczególnych kategorii (już trudno, że nie są równe długością) i dać co wyszło. 4,5 + 3,0 + 2,0 /3 = 3,16 czyli 3 gwiazdki.

Na koniec jeszcze chwilka o wydaniu: mały, 12 stronicowy digibook, z książeczką nie w tą stronę co zwykle (kto popatrzy na zdjęcia, ten zrozumie). Sprawia bardzo dobre wrażenie, chociaż grafika na każdej stronie książeczki jest prawie taka sama, poza tym farba w kilku miejscach się „wykropkowała”.

Edycja 01.05.2013: Po prostu nie mogłem zatrzymać trzech gwiazdek temu albumowi. Co prawda wszystko co napisałem powyżej dalej jest aktualne, ale do tej płyty stanowczo zbyt często wracam…

Ocena albumu: 3+

Anathema - Falling Deeper Digibook
Przód (na okładce podpis Danny’ego Cavanagha)
Anathema - Falling Deeper Digibook
Tył
Anathema - Falling Deeper Digibook
Bok
Anathema - Falling Deeper Digibook
Prezentacja
Anathema - Falling Deeper Digibook
Tray i płyta
Anathema - Falling Deeper Digibook
Książeczka
Anathema - Falling Deeper Digibook
Książeczka
Anathema - Falling Deeper Digibook
Książeczka
Barcode / Kod kreskowy 802644818726
Wytwórnia Kscope Music
Nr. Katalogowy KSCOPE187
Wydawnictwo zawiera 12 stronicowy, mały digibook, płytę
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanie