Archiwa tagu: Art Rock

Tim Bowness / Peter Chilvers – California, Norfolk (2cd, digibook, reedycja 2013) – 2002

Nigdy nie zostałem rozczarowany przez jakąkolwiek twórczość czy projekt, w który byłby zaangażowany Tim Bowness, a sama jego postać kojarzy mi się równie pozytywnie. Dosyć niedawno wypuszczona została reedycja jednego z albumów, w którym uczestniczył – nagrana wraz z Peterem Chilversem („nieznanego” chociażby z kolaboracji z Brianem Eno). Niewiele potrzebowałem by spróbować Kalifornii okiem tych dwóch panów.

Choć w pewnym stopniu wiedziałem, czego mam się spodziewać: raczej przygaszonej, wolnej płyty, to jednak samo odkrycie stylu jakim operuje Chilvers jest niezwykle satysfakcjonujące. Jego ambientowe melodie, klawisze, powtarzające się dźwięki, minimalizm w pełnym rozkwicie – zdecydowanie warto się w nie zaopatrzyć podczas spaceru po miejskiej dżungli. Wokale Bownessa są niezbyt zaskakujące, ale nikt chyba tego nie oczekiwał, szczególnie ja. Wpisały się w tą konwencję wręcz idealnie.

„California, Norfolk” nie obfituje specjalnie w jakieś „przeboje” czy inne „hity”. Jedynym utworem, który mógłby się przebić do radia czy na potencjalnego singla to „Post-Its” z zapadającym w ucho refrenem i dosyć prosto skrojoną „podstawą” utworu. Natomiast cała reszta wydaje się być niezwykle równa. Proszę tylko nie mylić tego z brakiem różnorodności. Bo choć sam album kręci się w okół raczej jednej spójnej konwencji to każdy następny „numer” oferuje coś innego.

Stworzenie długiego i dobrego utworu to sztuka, którą niezwykle sobie cenię. Dlatego jestem pod niezwykłym wrażeniem „dziesięciominutówki” pochodzącej z kolaboracji. „Winter With You” to fenomenalne połączenie powolnego rozbudowywania utworu, wracających motywów, pięknych słów i olbrzymiej dawki smutku. Szczególnie piorunujący efekt jest dostępny na drugim dysku dołączonym do wydawnictwa (które zostało uznane jako „deluxe”), gdzie znalazła się wersja alternatywna utworu. Nie dość, że została jeszcze wydłużona, to głównym elementem ją tworzącym są mrożące dźwięki smyczko-podobne. Jest to bezsprzecznie najmocniejszy punkt wydawnictwa, za który należą się owacje na stojąco.

Oprócz tego na dodatkowym dysku znaleźć można wiele innych wersji alternatywnych, które często wcale nie są gorsze: warto więc przedłużyć sobie obcowanie z albumem. Starczyło również miejsca dla B-side’ów i kilku utworów wykonanych na żywo. Całość została opakowana Digibookiem w rozmiarze DVD i tradycyjnie wylewnymi notatkami od Tima. Choć oprawa graficzna jest skromna to podoba mi się. Dla pierwszych iluś-tam osób zamawiających dorzucono również dwie pocztówki, w tym jedna podpisana przez artystów.

Ocena albumu: 4

Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Okładka
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Pierwsze strony
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Bogaty opis historii albumu
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
…a także znaczenie pojedynczych autorów.
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Książeczka i kilka fotografii
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Bok
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Tył
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Dwie pocztówki dołączane do wydawnictwa
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Ta z „Californią” podpisana przez obu artystów
Barcode / Kod kreskowy =
Wytwórnia Burning Shed
Nr. Katalogowy =
Wydawnictwo zawiera Digibook wielkości DVD, 2 płyty CD, 2 pocztówki (w tym jedna podpisana przez obu artystów)
Ocena

Ocena za wydanieOcena za wydanieOcena za wydanie

Cocteau Twins – Treasure (cd, jewelcase, reedycja 2002) – 1984

Ostatnio mam szczęście natrafiać na płyty, które od samego początku i pierwszych dźwięków uwalniają wszystkie emocje w nich zawarte, jednocześnie pamiętając by zostawić coś na kolejne i kolejne przesłuchania.

Jedną z nich było „Treasure”, które odkryłem w dosyć sztampowy sposób – trafiłem na zespół Cocteau Twins poprzez gościnny występ wokalistki Elizabeth Fraser na krążku „Mezzanine” Massive Attacku. Po krótkim obejrzeniu „co w Internecie piszczy” na temat grupy, szybki wybór padł na najbardziej doceniony krążek szkockich dream-poperów.

Nigdy wcześniej nie trafiłem na taki gatunek, ale jeżeli „Treasure” jest jego typowym przedstawicielem, to wcale mnie taka nazwa nie dziwi. Niezwykły, mistyczny, może nawet trochę gotycki, ale właśnie przede wszystkim rozmarzony klimat to chyba to, co jest największą siłą tego Skarbu. Tak, tak, nawet tytuł płyty jest trafiony już nawet nie tyle w „dziesiątkę” co w „jedynastkę”. Może i brzmi dosyć narcystycznie ze strony artystów, ale krążek naprawdę mocno kojarzy się z takim pięknym, oszlifowanym diamentem. A sama liczba twórców jest tak bardzo ograniczona do minimum, że jest ich w sumie sześciu (w tym jeden designer i dwóch inżynierów dźwięku). W swoim porozumieniu, udało im się stworzyć dzieło niezwykłe, nienurzące, pełne muzycznych zwrotów akcji, wszystko zamykając w spójnym koncepcie. Elizabeth Fraser posiada anielsko przepiękny głos i używa go w ciężki do opisania, kompletnie własny i nietypowy sposób, poruszając się jak Królowa po magicznych pejzażach dźwiękowych. Pełne są one eksperymentalnych gitar (głównie łagodnych). Jestem niezwykle zdumiony jak niewiele środków wyrazu trzeba było użyć by stworzyć taką przestrzeń dźwiękową. Zaś automaty perkusyjne, które zostały użyte (bądź sample – nie jestem pewien) od zawsze mnie rajcowały, i stanowią bazę dla unikalnego brzmienia zespołu.

Do czynienia mamy na płycie z mega-wpadającymi w ucho kompozycjami jak „Ivo”, agresywnymi manifestami („Persephone”), wesołymi, podnoszącymi na duchu utworami („Lorelei”). Znalazło się miejsce również na wręcz ambientową czterominutówkę – „Otterley”, oraz kwintesencję albumu w utworze zamykającym. I tutaj mógłbym dostrzec pierwszą wadę – po 40 minut czegoś tak pięknego… odczuwałem niedostyt. Wiem, że mamy do czynienia ze starannie wyselekcjonowanym materiałem, ale konieczne jest tutaj przesłuchanie płyty co najmniej kilkukrotne pod rząd. Można się więc domyślić, że zjawisko „przesłuchania” nadchodzi bardzo szybko. Na szczęście po przerwie można powrócić w ten pięknie wykreowany świat na nowo. Bez żadnych strat.

To, że prawdziwego Szkota ciężko zrozumieć, nawet jeśli mówi po angielsku – przekonałem się mieszkając w Wielkiej Brytanii. A teraz proszę sobie wyobrazić, że na „Treasure” nikt się nie wstydzi szkockiego akcentu, a wokalistka bawi się w gry słowne i przeinaczanie słów, przez co warstwy lirycznej po prostu nie rozumiem. Wręcz czuję się jak podczas słuchania Sigur Rósowego wymyślonego języka. Ale to wcale nie wpływa negatywnie na odbiór dzieła… Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że jest odwrotnie.

Niestety samo wydanie jest niezwykle ubogie. Okładka też mnie jakoś specjalnie nie powaliła, a w mojej reedycji jest wydrukowana w dosyć niskiej rozdzielczości, przez co wygląda trochę jak pirat. Zaś zamiast książeczki otrzymaliśmy karteczkę z listą utworów i w zasadzie tyle.

Ocena albumu: 4+

Cocteau Twins - Treasure
Okładka
Cocteau Twins - Treasure
Bok
Cocteau Twins - Treasure
Środek wydawnictwa
Cocteau Twins - Treasure
„Książeczka”, chociaż ciężko tą karteczkę tak nazwać…
Cocteau Twins - Treasure
Tył
Barcode / Kod kreskowy 652637041224
Wytwórnia 4AD
Nr. Katalogowy GAD 412 CD
Wydawnictwo zawiera Jewelcase, okładkę-karteczkę, płytę.
Ocena Ocena za wydanie

No-Man – Flowermouth (cd, super jewelbox, reedycja 2005) – 1993

Kolejna znakomita płyta no-man. Ileż można? Mam nadzieję, że bez końca. Ale jej odbiór miałem o tyle utrudniony, że przez większość czasu nie doceniałem jej sporej części. Jednak powinno to być wybaczalne, gdyż dwa utwory – pierwszy i ostatni – to coś na tyle szczególnego, że trzeba im poświęcić osobne akapity.

„Angel Gets Caught in the Beauty Trap” jest niczym romantyczna epopeja muzyczna w dzisiejszych czasach. To potężny i rozbudowany 10-minutowy utwór. Co prawda na tym blogu już nie raz mięliśmy do czynienia z o wiele dłuższymi progresywnymi zawirowaniami, ale „intro” z „Flowermouth” to zupełnie inna beczka miodu. Po pierwsze instrumentarium jest niezwykle bogate (mają tu zasługi zaproszeni goście tacy jak Robert Fripp (!), Richard Barberi, Steve Jansen czy inni), ale zostało ono wykorzystane w bardzo umiejętny sposób, a wszystko zostało niezwykle dopracowane. Dzięki temu przy każdej okazji możemy usłyszeć coś nowego, albo poznać utwór z nieco innej strony. Po drugie: mamy tu do czynienia z sytuacją, w której zarówno głos jak i osobowość Tima Bownessa nie tyle pasuje do muzyki, ale wydaje się być dla niej stworzona. Wypada on tu wyśmienicie. Ostatnią rzeczą, na którą chciałbym zwrócić uwagę to podzielenie „Angel Gets…” na kilka fragmentów, które inaczej oddziaływają na słuchacza, nie zmieniając kompozycji tak drastycznie, by wciąż czuć, że to wciąż ten sam utwór. Tak mocno intryguje, że każde kolejne przesłuchanie to nowe doznania… Z tego co usłyszałem od Tima Bownessa podczas krótkiej rozmowy z nim „Angel Gets…” to jeden z tych utworów, które powstały stosunkowo dawno, a później były rozbudowywane, zmieniane i ulepszane (sporo kluczowych piosenek no-man miało podobny proces twórczy). Kto wie, może jeszcze kiedyś usłyszymy jakąś „nowszą” wersję? Bo na Youtube dostępna jest w nieco innym mixie, ale wcale nie brzmiąca jak demo, która zaintrygowała mnie równie mocno, co wersja albumowa.

Drugi z utworów to „Things Change”, który w kontekście płyty jest czymś zupełnie z innej beczki (te beczkowe aluzje się dziś mnie trzymają jak nie wiem co…). Brzmi on raczej jak piosenka nowszego okresu zespołu – łagodne, powolne, piękne dźwięki syntezatorów i gitary, długie budowanie nastroju… Tym co wyróżnia „zmieniające się rzeczy” to chyba eksplozja tego wszystkiego, co zbierało się przez pierwsze cztery i pół minuty w niemalże post-rockowy sposób. Tylko tutaj załatwiono to przyspieszeniem utworu, oraz szaleńczymi popisami na perkusji oraz… skrzypcach elektrycznych. Długo mi zeszło by dojść do tego, że to nie jest gitara. Końcówka tak mocno dowala w „thingsy” w głowie, że nigdy nie czuję niedosytu po przesłuchaniu tego krążka (a przypomnijmy, że jest to utwór zamykający). Swoją drogą, ciekawe czy ktoś się tutaj inspirował no-manem pisząc piosenkę, również traktującą o tym, że wszystko się zmienia? (Link) 😀

I o tyle by docenić dwa wyżej wspomniane dzieła problemu większego nie miałem, to z całą resztą już troszkę większy. Pozostałe 7 utworów utrzymane jest w podobnej stylistyce trip-rockowej i elektronicznej, i w mojej ocenie o wiele trudniej się z nimi zaprzyjaźnić. Potrzebowałem trochę czasu by zrozumieć koncept, jakim kierowali się twórcy. Ale szczęśliwie mi się udało. Kupując płytę nie miałem wrażenia, że robię to tylko dla dwóch utworów, bo cała płyta jest naprawdę wybitna. Ale pozostawię Wam resztę już do samodzielnego odkrycia 🙂

Wydanie, które posiadam to reedycja z 2005 roku. Zawiera ona tylko 12 stronicową książeczkę i płytę, zapakowane w Super Jewelbox. Szczególnie upodobałem sobie art z okładki (który stał się moim avatarem tu i ówdzie), a pozostałe są utrzymane w podobnej konwencji kwiatowej (proszę tylko by nikomu nie zachciało się oglądać teledysku do „You Grow More Beautiful, który co prawda jest kwiatowy, ale… Nie.) Aleph Studio, które zaprojektowało od nowa wygląd czerpało grafiki z oryginalnego wydania z roku 1993 wytwórni One Little Indian Ltd., które z tego co można wyczytać z tyłu opakowania, do dziś rości sobie prawa do muzyki. Nie było tych grafik zbyt wiele, ale całość została przystosowana na dzisiejsze warunki w sposób poprawny. Oprócz tego, moja wersja otrzymała dwa dodatkowe utwory: „Angeldust” to jedno z próbnych wersji czy też dem „Angel Gets…”, które idealnie pokazuje, jak bardzo ten utwór mógłby być zły. Zaś „Born Simple” to 12-minutowy pejzaż ambientowy, utrzymany w mrocznym i przejmującym stylu.

Ocena albumu: 4

No-Man - Flowermouth
Prezentacja wydawnictwa
No-Man - Flowermouth
Tył
No-Man - Flowermouth
Środek
No-Man - Flowermouth
Bok
No-Man - Flowermouth
Książeczka – jak zwykle bogate opisy pióra Tima.
No-Man - Flowermouth
Co prawda nie ma w niej zbyt wielu artów.
No-Man - Flowermouth
Teksty i zdjęcie zespołu.
Barcode / Kod kreskowy 802644711126
Wytwórnia Kscope Music
Nr. Katalogowy kscope111x
Wydawnictwo zawiera Super jewelbox, 12 stronicową książeczkę, płytę
Ocena Ocena za wydanie

Mothlite – Dark Age (cd, digipak) – 2012

Krążek tak dobry, że można go słuchać na okrągło, a nudzi się powoli? Cóż, zdarzają się takie, ale najczęściej można znaleźć podobne przeglądając archiwa uznanych mniej lub bardziej zespołów. Dlatego cieszę się, że udało mi się odkryć taką perełkę jak niszowy projekt Mothlite. Niech nie zwodzi Was to, że krążek został wydany przez KScope. Nie wydaje mi się, żeby mimo tego kolaboracja Brytyjczyka Daniela O’Sullivana oraz Norwega Knuta Jonasa Sellevolda odniosła jakiś większy sukces komercyjny. Aż mi było smutno, jak podczas mini-festiwalu wytwórni skrócili im występ do niecałych 30 minut, a publiczność nie potrafiła docenić tej muzyki.

W „Dark Age” poruszamy się po pozornie utartych ścieżkach: rock alternatywny wraz ze sporą ilością elektroniki, downtempo i najróżniejsze eksperymenty z dźwiękami. Daje to spore pole do manewru, a także nie mniejsze możliwości czerpania garściami z dorobku innych artystów. Największym odczuwalnym minusem jest właśnie to, gdy ma się wrażenie, „że przecież to już było”. Niemniej jednak zauważalny jest również pierwiastek wyjątkowości oraz niebanalnego stylu. Przekazane zostały one w 11 piosenkach, które są od siebie na tyle różne, że każdy utwór można odkrywać osobno, ale na tyle spójne, by wszystko zamknęło się w jednej całości. Znajdziemy tu niezwykle zapadające w ucho, niemalże radiowe kompozycje („Something in the Sky”, „The Underneath”) czy nieco trudniejsze w odbiorze („Dreamsinter Nightspore”, „Wounded Lions”). Różnorodność pozwala na długie odkrywanie wszystkiego, co album ma do zaoferowania. Bogate instrumentarium, specyficzna maniera wokalna O’Sullivana czy chociażby gościnny występ wokalisty Ulvera (teraz już wiem, że głos tego człowieka naprawdę pasuje do wszystkiego…) to kolejne zalety albumu. Ja jestem naprawdę zauroczony tą płytą. Co prawda trochę się jej przesłuchałem, ale każdy powrót do niej tylko utwierdza mnie w przekonaniu o wybitności nagrania.

Niestety nie jestem zachwycony kwestią graficzną. Już trudno, że jest to zwykły, mały digipak. Ale minimalistyczne wykonanie typografii nie do końca się udało, a reszta grafik jest równie nieciekawa.

Ocena albumu: 4

Mothlite - Dark Age
Okładka. Autografy Daniela O’Sullivana oraz Knuta Jonasa Sellevolda zdobyte na minikoncercie grupy w Londynie.
Mothlite - Dark Age
Bok
Mothlite - Dark Age
Tray i płyta
Mothlite - Dark Age
Okładka książeczki wygląda chyba najlepiej z całej oprawy graficznej.
Mothlite - Dark Age
Teksty w książeczce. Minimalny, niepowalający design.
Mothlite - Dark Age
Tył wydawnictwa
Barcode / Kod kreskowy 802644820828
Wytwórnia Kscope Music
Nr. Katalogowy KSCOPE208
Wydawnictwo zawiera 16 stronicową książeczkę, płytę
Ocena Ocena za wydanie

Anathema – Universal („Fan’s Edition”, blu-ray+dvd+2cd, dvd-digibook) – 2013

Wcześniej nie recenzowałem ani jednego z trzech koncertów, które już Anathema ma w swoim dorobku wydawniczym. Dlaczego? Nie byłem pewny czy jest sens je kupować. Pierwszy z ’96 roku to jeszcze mocno żeliwny kawał metalu, coś o czym zespół niemalże zapomniał. Dwa następne „Were you there?” i „A Moment in Time” były dość niedopracowane, przy tym nieźle się powtarzały. Przez to pewne ikoniczne utwory grupy nigdy nie miały prawowitego nagrania wizualnego. Po wydaniu dwóch ostatnich albumów odrodziły się nadzieje na zapis koncertu, gdyż panowie (i jedna pani) 😉 występowali niezwykle często na scenach świata, a ich umiejętności grania, śpiewania i ogólnego „performowania” stale się podwyższały. To był bez wątpienia dobry okres na nową „koncertówkę”.

KScope nie pożałowało grosza i zapewniła spory rozmach temu wydarzeniu. Antyczny, rzymski teatr wypełniony bułgarskimi fanami po brzegi, orkiestra, dynamiczne światła oraz Lasse Hoile jako reżyser. Nie mogło się nie udać, nie? Mając taką nadzieję, bardzo długo przed ostateczną premierą „Universal”, przełączyłem się w tryb oczekiwania…

TAK! Udało się! W końcu mamy naprawdę dobrą płytę koncertową od Anathemy! Wszystko tu gra jak należy. Najoczywistszą rzeczą, z której już sobie zdawałem sprawę odwiedzając zespół na koncertach, jest głos Vincenta, który ewoluował w taki sposób, że teraz jest niemalże perfekcyjny (w sumie to samo można powiedzieć o Lee Douglas). Czasem wręcz ciężko uwierzyć, że ten człowiek ma przez te bite dwie godziny siłę dalej wyciągać w taki sposób 😉 Wokale ożywiły niektóre już wysłuchane przeze mnie na wszystkie strony piosenki. Chociażby „A Simple Mistake”, „Flying”, „Dreaming Light” czy „A Natural Disaster”. Ale nie tylko to. Wydaje mi się, że członkowie zespołu po prostu bardziej się zaangażowali i przekazali jeszcze więcej emocji niż na innych, mniejszych koncertach. Obecność orkiestry symfonicznej z pewnością dodaje pewnej rangi całemu wydarzeniu, ale nie jest aż tak zauważalna i potencjał jest nie do końca wykorzystany. Oczywiście wszystkie aranżacje są w porządku, ale pamiętajmy, że ostatnie albumy studyjne też zawierały sekcje orkiestralne. Przez to dźwięki tworzone przez Plodiv Philharmonic Orchestra są zbyt oczywiste, bo już w końcu wcześniej znane.

Mimo, że piosenki w jakiś zauważalny sposób nie zmieniły się od tego, co znane jest studyjnie, to jednak z większości z nich zespół potrafił wydobyć świeżość. Musi to brzmieć jeszcze świetniej dla „niedzielnych” fanów formacji, którzy nie są obeznani tak z materiałem. Nawet do technicznych zagadnień muzycznych nie mam nic do zarzucenia. To znaczy prawie: brak dźwięku 5.1. Ale tym razem odpuszczam, bo nawet nie miałbym jak go przetestować w obecnych warunkach.

Lasse Hoile ma lepsze i gorsze momenty jako reżyser czy „artworkrzysta”, tutaj jednak spisał się naprawdę porządnie. Oglądanie nie męczy, a nieudanie zapisane sceny można policzyć na palcach jednej ręki. A jest też kilka fenomenalnych, z wykorzystaniem bogatego, zmiennego oświetlenia. Dodaje to pewnego mistycznego klimatu, którym zresztą występ jest przepełniony.

Ale ten bardzo udany występ to nie wszystko, co zawiera wydawnictwo. Bo jako bonus dorzucono wykonanie pięciu utworów w wersji akustycznej z Londynu. Kameralny, skromny koncert, z udziałem tylko trzech osób z zespołu, okazuje się zawierać jeszcze większe pokłady piękna niż wydawałoby się „danie główne”. Wcześniej udostępnione publicznie zostało tylko genialne „Thin Air” i szczerze mówiąc naprawdę czekałem na resztę. Szczególnie utwór „Kingdom”, nie wykonywany od tak dawna. Pomijając publiczność, która zaklaskała tą kompozycję, nowa aranżacja akustyczna okazała się fenomenalna. Nie inaczej z „A Natural Disaster” czy pozostałymi dwiema.

Podsumowując: wydawnictwo polecam naprawdę serdecznie. Szczególnie, że otrzymujemy aż dwa występy, które tak bardzo się różnią. A oba są niezwykle udane. Szkoda tylko, że akustycznie tak krótko… Może kiedyś zapis pełnego koncertu w takiej stylizacji? 😉

Co do designu to niewątpliwie muszę pochwalić okładkę. Z jednej strony niby sztampowa, ale jednak pomysł z gwiazdami sprawił, że niezwykle przyjemnie się na nią patrzy. Trochę gorzej z tym co w środku. Oczywiście sam digibook wygląda naprawdę fajnie, to jednak większość zdjęć to nieciekawe ujęcia z „making-offu”. Za to te zrobione podczas koncertu wyglądają naprawdę świetnie! Szkoda, że nie starczyło materiału by wypełnić nimi całą książeczkę.

Ocena albumu: 4

Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Przód (wydawnictwo w slipcase’ie)
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Bok wydawnictwa
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Prezentacja digibooka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Pierwsze dwie kopertki na płyty.
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Płyta Blu-Ray
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Płyta DVD
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka – około połowa to zdjęcia z przygotowań. Niestety niezbyt ciekawe.
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka – jest też kilka zdjęć z koncertu. Dzięki wszystkim światłom wyglądają o wiele ciekawiej, niż „backstage”. Jest ich niestety mniej, pewnie dlatego, że ciężej je wykonać.
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Kopertki na płyty CD.
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Tył
Barcode / Kod kreskowy 802644851778
Wytwórnia KSCOPE Music
Nr. Katalogowy Kscope517
Wydawnictwo zawiera 44-stronicowy Digibook z wysokiej jakości papierem fotograficznym, z czterema „kopertkami” na płyty przymocowanymi do niego, slipcase, płytę blu-ray, dvd oraz 2 cd.
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanieOcena za wydanie

Blackfield – Blackfield IV (cd+dvd, digibook) – 2013

No to doczekałem się. Bo czwarty Blackfield to było coś, za czym naprawdę wyglądałem. W końcu chyba jako jeden z nielicznych zaliczam się do fanów „Welcome to my DNA”, o czym zresztą można się przekonać w tym miejscu. Tym bardziej moja ciekawość była spotęgowana. W jakim kierunku projekt pójdzie tym razem? Szczerze mówiąc to też jakoś okropnie nie przejąłem się informacją, że Steven Wilson weźmie udział w tym albumie bardziej jako gość. Przecież jego rola jako dobrego opiekuna twórczości Geffena powinna wystarczyć, jak już mu się nie chce, to wcale nie musi nic pisać. Chociaż wiem, że to jest pewien cios w całe sedno projektu, a bez udziału „bosonogiego” może być ciężko z chociażby frekwencją na koncertach, czego przykładem może być ostatnia solowa płyta Aviva Geffena z 2009 roku, która nie podbiła chyba niczyjego serca, a występy musiały być reklamowane wielkimi napisami „STEVEN WILSON JAKO GOŚĆ!”. Cała ta otoczka sprawiła, że naprawdę nie wiedziałem co wyjdzie z „Czwórki”. Blisko premiery można już było posłuchać coraz większą ilość tzw. „sampli” czy nawet dwie pełne piosenki, dzięki którym zakrzyknąłem entuzjastycznie na swoim facebooku:

bfivfb

 Teraz bardzo daleko mi od takiej opinii. Dlaczego? Bo czułem się o wiele bardziej, jakbym słuchał połączenia kompletnie solowej płyty Aviva, jakichś dziwnie krótkich miniaturek z gośćmi oraz rzuconych dwóch na krzyż rzeczywiście „Blackfieldowych” piosenek. I na pewno nie jest to coś, na co czekałem. Nie zrozumcie mnie źle – jeżeli przymknąć oko na niczym nieskrępowany śpiew Aviva, który w takiej „czystej” postaci może się podobać głównie masochistom, to piosenek (czy też „pioseneczek”) słucha się całkiem przyjemnie. Ale może po kolei?

Początek jest z pewnością obiecujący. „Pills” to utwór, który garściami czerpie z poprzedniego dorobku projektu, ale też dodaje kilka drobnych, nowych elementów. Przybijająca, kontrastowa, wpadająca w ucho… W sumie cztery osoby na mikrofonie dają też wrażenie przestrzenności (aż przykro, że nie mam teraz dostępu do wersji 5.1.). Nawet zakończenie całkiem przypadło mi do gustu, choć podobne już było w „Zigota” z poprzedniego albumu… Ale okej, dodany efekt wysamplowanego głos niejakiej Alex Moshe jest wystarczająco unikalny.

Kolejny utwór „Springtime” zaczyna się w tak bardzo nudny i nieciekawy sposób, że za każdym razem jak słyszę pierwsze pierwsze 30 sekund, mam ochotę przełączyć dalej. Na szczęście zaraz powoli wchodzą orkiestracje, które w refrenie wraz techniką gry na gitarze typu „slide” tworzą sedno utworu. Po prostu na samym początku trzeba sobie wyobrazić przepiękne zdjęcie użyte jako artwork do tej piosenki. „Springtime” to pierwsza miniaturka, którymi przepełniony jest album. Przez dwie minuty człowiek dopiero zdąży się przyzwyczaić do konceptu, a ten właśnie się kończy i zmienia się w coś kompletnie odrębnego. Tworzy to taki niesamowity chaos na całym krążku, że można się poczuć jak podczas słuchania jakiejś nie do końca dobrze zebranej składanki, aniżeli pełnoprawnego albumu. Utwór jest całkiem okej, ale zanim zauważymy, że w ogóle leci, czas już na kolejną miniaturkę!

Super słodko-piękny, pełny rozmarzenia… ale zaraz, komu wystarczy dwie i pół minuty by się poważnie rozmarzyć? A może to był taki koncept, że w dzisiejszym świecie, nie ma za bardzo czasu na cokolwiek, dlatego te utwory są takie krótkie? Aviv się broni, żeby nie oceniać długości, tylko wartość artystyczną samych utworów, ale jak niby tego nie robić, skoro to tak bije po oczach?! uszach?! Dobrze, dobrze, pioseneczka-miniatureczka w sumie nie zaskakuje niczym, przypomina mi trochę „Dreaming Light” Anathemy, skąd w końcu wziął się gość-wokalista. Tylko z „X-Ray” jest taki problem, że piosenka jest, a potem zaraz jej nie ma, i znów brakuje czasu by się z nią jakoś oswoić…

Coś dłuższego? No w końcu! Tylko, że znowu mamy tutaj okropny początek (wokale Aviva – wszytko jasne). Przynajmniej dalej nie jest źle. Całkiem porządny popowy utwór, który ratuje Wilson w chórkach. Tylko dlaczego mi tutaj tak zalatuje Coldplayem? Czyżby ktoś o czymś zapomniał?

„Firefly” to zaś kawałek, dzięki któremu wiele zawdzięczam. Występuje na nim Brett Ansderson, którego jak najszybciej wygooglowałem by trafić do jego zespołu-matki, czyli Suede. No bo co tu dużo mówić, ale jego głos, to jedna z najlepszych rzeczy na „Blackfield IV”. Mimo, że piosenka jest dość zwykła, a końcówka jakby ukradziona z poprzedniego albumu, to jednak potrafi się całkiem nieźle obronić. Nie, nie będę już wypominać długości, bo to muszę zrobić z…

„The Only Fool is Me”. Kolejna miniatura. Tym razem za mikrofonem stanął Jonathan Donahue. Jako przerywnik w „prawdziwym” albumie jestem pewien, że dawałby radę, ale przerywnik w albumie przerywników… cóż. Nawet nie ma za bardzo co napisać.

„Jupiter” to najmocniejszy punkt na krążku, przyczyna mojej początkowej niezwykłej ekscytacji. Na „pierwszy raz” polecam zapoznać się z teledyskiem, który potęguje wrażenia! Utwór sentymentalny, z pięknymi aranżacjami, sprawdzonym głosem Wilsona, z godnymi chórkami, oraz urzekającym tekstem. Naprawdę trzeba czegoś więcej? W końcu czuć tu Blackfield, a utwór trwa niecałe cztery minuty! Cud!

„Kissed By Devil” to agresywniejszy utwór, z mocniejszymi gitarami, ale też typowym kontrastowaniem między częściami utworu. Chyba jedyna część, gdzie występujące pojedynczo wokale Aviva się bronią (w chórkach oczywiście pomoc od Wilsona). Ale kurczę, to kolejny „OK” utwór, w zasadzie jakoś szczególnie się nie wybijający… Czy ja właśnie zacząłem tęsknić za poprzednimi Blackfieldami, których można było słuchać na okrągło przez cały dzień? Przecież w wywiadzie Aviv mówił, że w procesie twórczym wszystkie „OK” piosenki zostały odrzucone, a zostały tylko najlepsze… Dokładnie takim samym typem piosenki jest „Lost Souls”. Ech.

Zaś „Faking” jest jakby żywcem wyciągnięty z solowego albumu Aviva. To chyba niestety oznacza, że nie jest on tak naprawdę płodnym artystą, a po prostu powtarza to co stworzył na nieco inne sposoby. Znów typowa popowo-rockowa piosenka, i kolejny raz mógłbym powiedzieć co najwyżej „OK”, bo szczególnie nie urzeka w niej nic.

Na koniec liczyliście na killer? Spójrzmy wstecz: końcówki Blackfieldów są wręcz kwintesencją projektu. „Hello”, „End of the World”, „DNA”. A tutaj co dostaliśmy na koniec? Półtora minutową miniaturkę, z jakże ambitnym tekstem (cytuję): „Rain / After the rain / There’s sun”, mająca być niejako zapowiedzią, co czeka nas w przyszłości (a już się boję), w której główną rolę pełni niezbyt odkrywcza elektronika w stylu Drum and bass lub Dubstepu (jak to określił Aviv). Tyle szczęścia, że ja mam jakąś słabość do tego typu dźwięków połączonych z orkiestrą… Co oczywiście nie sprawiło, że zostałem nasycony. A to już koniec. Te 31 minut mija tak szybko, że album zostaje w świadomości niemalże niezauważony.

Bo nie zrozumcie mnie źle – w zasadzie każdy utwór jest chociażby „trochę” ładny, wszystkiego da się słuchać bez większych zgrzytów, jest kilka naprawdę dobrych momentów, ale… Niestety, zawsze jest jakieś ale. Biorąc pod uwagę, że te słowa pisze nieco zdruzgotany fan formacji, który robił sobie nadzieję na kolejną chociażby wybijającą się płytę, a dostał… Znów użyję tego sformułowania: płytę „OK” – myślę, że Blackfield IV wcale nie jest aż tak zły. Ale czy opłaca się go kupować – na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć indywidualnie. Bo jak dla mnie to… mimo wszystko, chyba tak.

Szczególnie, że wydanie to jeden z największych plusów. Za panelem dizajnerskim stanęła znana z wielu innych płyt opisywanych chociażby na moim blogu londyńska firma Aleph Studio, która jak zwykle podołała zadaniu. Spójrzcie zresztą na zdjęcia! Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to chaos, ale on w pewien sposób odwzorowuje to, co znajdziemy na płycie, więc chyba można wybaczyć?

Oprócz samej płyty CD otrzymaliśmy również DVD ze wspominanym już przeze mnie 5.1. – po raz pierwszy w historii Blackfield, ale niestety na chwilę obecną nie mam możliwości posłuchania tej wersji. Gdyby tylko taką zdobędę – zdam relację.

Ocena albumu: 3

Blackfield - Blackfield IV
Prezentacja
Blackfield - Blackfield IV
Bok
Blackfield - Blackfield IV
Pierwsza płyta i początek wydawnictwa
Blackfield - Blackfield IV
Artworki są bardzo ładne…
Blackfield - Blackfield IV
…w końcu za oprawę graficzną odpowiedzialne jest Aleph Studio…
Blackfield - Blackfield IV
…jedyny problem jest taki, że nie są one do końca spójne.
Blackfield - Blackfield IV
Znalazła się nawet rozkładówka.
Blackfield - Blackfield IV
To chyba najbardziej niepasujące do reszty zdjęcie.
Blackfield - Blackfield IV
Autorzy
Blackfield - Blackfield IV
Druga płyta.
Blackfield - Blackfield IV
Tył
Barcode / Kod kreskowy 802644822525
Wytwórnia Kscope Music
Nr. Katalogowy KSCOPE225
Wydawnictwo zawiera 28 stronicowy digibook, 2 płyty
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanieOcena za wydanie

Anathema – We’re Here Because We’re Here (cd+dvd, digibook) – 2010

We’re Here Because We’re Here. O tej płycie napisano już wiele. Szczególną uwagę ogólnie ujętych mediów muzycznych, oprócz tego, że jest to album studyjny po 7 latach przerwy od wydania poprzedniego, było mocno rozreklamowana obecność Stevena Wilsona jako osoby odpowiedzialnej za miks, oraz Ville Vallo’ego (krążą legendy, że jest ktoś, kto usłyszał jego głos, schowany gdzieś głęboko w chórkach). Dla mnie krążek stał się w jakiś sposób ważny z całkiem innych powodów. A to dlatego, że dopiero zaczynałem interesować się Anathemą („We’re…” był drugim albumem, którego posłuchałem), a o Stevenie Wilsonie nie wiedziałem jeszcze nic. Jeżeli się też nie mylę, było to jedno z pierwszych wydawnictw, które miałem w 5.1. oraz w naprawdę godnej oprawie graficznej.

Muzyka? Na pierwszy rzut ucha słychać tu wręcz przesadną pielęgnację dźwięku. Na szczęście Anathema odnalazła się na tyle dobrze w stylistyce post-rockowej, że bynajmniej nie jest to dzieło puste. Po naprawdę wielu przesłuchaniach albumu, dalej mogę (i czasem to robię) wrócić do niego bez bólu. Ba, nawet z odnowieniem różnych wspomnień związanych z piosenkami. Choć wydawałoby się, że to uczucia uśpione.

Bardzo podobało mi się w „We’re here…” różnorodność w klimacie poszczególnych utworów. Słuchając płyty można balansować na sinusoidzie pozytywów i wesołości oraz przygnębiającego smutku. Przy tym niemalże ciągle jest nastrojowo, w różnym tego słowa znaczeniu.

Jeśli chodzi o wspomnianą oprawę graficzną: za aparat złapał jeden z członków zespołu i wyszło mu to na tyle dobrze, że to co znaleźliśmy na poprzednich krążkach, designowanych przecież przez niezwykle znanego artystę – Travisa Smitha – blednie. Spójność, logiczny koncept i piękno pasujące do muzyki to trzy atrybuty stanowiące o sile wydawnictwa. Szczególnie w digibooku.

Ocena albumu: 4

Anathema - We're Here Because We're Here
Prezentacja (wraz z podpisem Danny’ego Cavanagha)
Anathema - We're Here Because We're Here
Bok
Anathema - We're Here Because We're Here
Pierwsza płyta
Anathema - We're Here Because We're Here
Książeczka
Anathema - We're Here Because We're Here
Książeczka
Anathema - We're Here Because We're Here
Książeczka
Anathema - We're Here Because We're Here
Książeczka
Anathema - We're Here Because We're Here
Tył
Barcode / Kod kreskowy 802644815428
Wytwórnia KSCOPE Music
Nr. Katalogowy Kscope154
Wydawnictwo zawiera 16-stronicowy Digibook z matowym papierem i trayami po bokach, 2 płyty: CD i DVD.
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanieOcena za wydanie