Archiwa tagu: CD

Mike Oldfield – Man on the Rocks (2cd, digipak, deluxe edition) – 2014

Przyznam się bez bicia, że jeszcze nie słuchałem Oldfielda na poważnie. Oczywiście kojarzyłem jego nazwisko i bliżej nieokreślone strzępy twórczości, aczkolwiek nie trafiła się okazja, by zagłębić się w jego dźwięki. Aż do dzisiaj, bo czy może być lepsza sposobność niż premiera nowego long playa? Co prawda poznawanie uznanych artystów od strony nowości może być niebezpieczne, bo rzadko się zdarza by te nowe albumy dorównywały starszym, ale już nie raz zadziałały na mnie jako zachęta do poznawania. No nic, postanowiłem dać temu – z wyglądu – sympatycznemu, starszemu panu szansę.

Okładka po prostu idealnie odwzorowuje to, co można znaleźć na płycie. Początkowy „Sailing” to przeuroczy, choć typowo singlowy utwór oparty na sielskich dźwiękach gitary akustycznej i prostej perkusji. Nie do końca spodziewałem się takiej formy muzycznej po osobie określanej jako muzyk progresywny – ale przecież płyty słuchałem na żywioł. Okazuje się więc, że wpadające w ucho motywy przywołujące na myśl pop-rock jeszcze nie raz dadzą o sobie znać na krążku. Idealnie wpasowany głos w konwencję albumu okazał się nie należeć do samego Mike’a. Po prostu nie miałem pojęcia, że on sam nie udziela się wokalnie. Teraz sam nie wiem jak mogłem pomyśleć, że to jego wokale. Dopiero po sprawdzeniu materiałów promocyjnych ukazał mi się przed oczami niejaki śpiewak Luke Spiller, który wystylizowany w klimaty emo-rockowca trochę pokłócił mi się z konwencją samego „Człowieka na Skałach”. Zacząłem odczuwać bardziej elementy sztuczności, szczególnie, że panowie sami przyznali, że album tworzony był bez rzeczywistej współpracy muzyków, gdyż ich kontakty były internetowe.

Postanowiłem jednak porzucić wszelkie wątki poza-muzyczne, gdyż często nie warto zawracać sobie nimi głowę. Szczególnie, że sam wokal Luke’a – jak już wspominałem – wpasował się w ten nieco przesłodzony klimat płyty. Można to liczyć jako spory plus. Nasz bohater drugoplanowy potrafi wydusić z siebie (co prawda ze sporym wsparciem zaplecza post-produkcyjnego) imponujące dźwięki. Słuchając „Man On The Rocks” czy „Nuclear” jest to pokaźnie uwydatnione. Wspomniane kompozycje to moje ulubione „numery” z płyty: pierwszy zaczyna się w spokojny sposób by powoli kumulować dobrą energię, a kończy się naprawdę mocnym kopem. Zaś „Nuclear” to najsmutniejszy utwór, który z dosyć niezłym skutkiem próbuje być czymś na wzór wybuchem gniewu.

Największym zarzutem wobec płyty okazuje się jednak to, że tak naprawdę nie jest dziełem w niczym wybijającym się. Nie kwalifikuję go jako typowej sztuki (chyba, że rzemieślniczej), raczej jako uraczenie swoich uszu pięknie napisanymi melodiami, które jednak potrafią przenieść w ten inny świat. Motywy, jak to na muzykę z nurtu popularnych, potrafią „grać” w głowie długimi godzinami, a same piosenki fajnie się nuci. Co więcej, cały „Man on the Rocks” trzyma dosyć równy poziom. Myślę, że będę go „używał” jako pewnego rodzaju przerwę pomiędzy inną muzyką. Idealnie też pasuje do prostego grania w tle. Ale z drugiej strony – nie przypisywałbym mu nic ponadto. Pomimo to, ciężko płyty nie polecić. Nawet jeśli na kilka przesłuchań, potrafi ona dać radość. Szczególnie w piękny, słoneczny dzień.

Moje wydanie nazwane zostało chlubnie „Deluxe Edition”. Choć tak naprawdę jest to tylko „średnia” wersja. Do wyboru była jeszcze w pełni wypasiona, oraz najzwyklejsza w jewelcase’ie. Dwupłytowa digipakowa edycja zawiera dodatkowo wersje instrumentalne, które trochę tracą sens bycia, więc wątpię, żebym z nich skorzystał. Jak już mówiłem: okładka idealnie odwzorowuje album, więc jest trochę przesłodzona, przeprodukowana i sztuczna, ale dzięki temu pasuje. Gorzej z tym, co znajdziemy w środku. Są dwa udane zdjęcia Oldfielda, kilka najzwyklejszych fotografii z produkcji, a także koszmar designera: białe fonty na kompletnie niepasujących teksturach. Ogólnie nie zaliczałbym oprawy graficznej do zbyt udanej.

Ocena albumu: 3

Mike Oldfield - Man on the Rocks
Okładka
Mike Oldfield - Man on the Rocks
Digipak po otwarciu
Mike Oldfield - Man on the Rocks
Bok
Mike Oldfield - Man on the Rocks
Digipak w pełni
Mike Oldfield - Man on the Rocks
Książeczka
Mike Oldfield - Man on the Rocks
Książeczka
Mike Oldfield - Man on the Rocks
Książeczka
Mike Oldfield - Man on the Rocks
Tył
Barcode / Kod kreskowy 602537606962
Wytwórnia Mercury Records Ltd / Virgin / Emi Records
Nr. Katalogowy 376 069-6
Wydawnictwo zawiera Digipak 4 płatowy, 16-stronicową książeczkę, 2 płyty.
Ocena Ocena za wydanie

Tim Bowness / Peter Chilvers – California, Norfolk (2cd, digibook, reedycja 2013) – 2002

Nigdy nie zostałem rozczarowany przez jakąkolwiek twórczość czy projekt, w który byłby zaangażowany Tim Bowness, a sama jego postać kojarzy mi się równie pozytywnie. Dosyć niedawno wypuszczona została reedycja jednego z albumów, w którym uczestniczył – nagrana wraz z Peterem Chilversem („nieznanego” chociażby z kolaboracji z Brianem Eno). Niewiele potrzebowałem by spróbować Kalifornii okiem tych dwóch panów.

Choć w pewnym stopniu wiedziałem, czego mam się spodziewać: raczej przygaszonej, wolnej płyty, to jednak samo odkrycie stylu jakim operuje Chilvers jest niezwykle satysfakcjonujące. Jego ambientowe melodie, klawisze, powtarzające się dźwięki, minimalizm w pełnym rozkwicie – zdecydowanie warto się w nie zaopatrzyć podczas spaceru po miejskiej dżungli. Wokale Bownessa są niezbyt zaskakujące, ale nikt chyba tego nie oczekiwał, szczególnie ja. Wpisały się w tą konwencję wręcz idealnie.

„California, Norfolk” nie obfituje specjalnie w jakieś „przeboje” czy inne „hity”. Jedynym utworem, który mógłby się przebić do radia czy na potencjalnego singla to „Post-Its” z zapadającym w ucho refrenem i dosyć prosto skrojoną „podstawą” utworu. Natomiast cała reszta wydaje się być niezwykle równa. Proszę tylko nie mylić tego z brakiem różnorodności. Bo choć sam album kręci się w okół raczej jednej spójnej konwencji to każdy następny „numer” oferuje coś innego.

Stworzenie długiego i dobrego utworu to sztuka, którą niezwykle sobie cenię. Dlatego jestem pod niezwykłym wrażeniem „dziesięciominutówki” pochodzącej z kolaboracji. „Winter With You” to fenomenalne połączenie powolnego rozbudowywania utworu, wracających motywów, pięknych słów i olbrzymiej dawki smutku. Szczególnie piorunujący efekt jest dostępny na drugim dysku dołączonym do wydawnictwa (które zostało uznane jako „deluxe”), gdzie znalazła się wersja alternatywna utworu. Nie dość, że została jeszcze wydłużona, to głównym elementem ją tworzącym są mrożące dźwięki smyczko-podobne. Jest to bezsprzecznie najmocniejszy punkt wydawnictwa, za który należą się owacje na stojąco.

Oprócz tego na dodatkowym dysku znaleźć można wiele innych wersji alternatywnych, które często wcale nie są gorsze: warto więc przedłużyć sobie obcowanie z albumem. Starczyło również miejsca dla B-side’ów i kilku utworów wykonanych na żywo. Całość została opakowana Digibookiem w rozmiarze DVD i tradycyjnie wylewnymi notatkami od Tima. Choć oprawa graficzna jest skromna to podoba mi się. Dla pierwszych iluś-tam osób zamawiających dorzucono również dwie pocztówki, w tym jedna podpisana przez artystów.

Ocena albumu: 4

Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Okładka
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Pierwsze strony
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Bogaty opis historii albumu
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
…a także znaczenie pojedynczych autorów.
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Książeczka i kilka fotografii
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Bok
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Tył
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Dwie pocztówki dołączane do wydawnictwa
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Ta z „Californią” podpisana przez obu artystów
Barcode / Kod kreskowy =
Wytwórnia Burning Shed
Nr. Katalogowy =
Wydawnictwo zawiera Digibook wielkości DVD, 2 płyty CD, 2 pocztówki (w tym jedna podpisana przez obu artystów)
Ocena

Ocena za wydanieOcena za wydanieOcena za wydanie

Budka Suflera – 1974-1984 (cd, digipak, reedycja 2013) – 1984

Czy jest tu ktoś, kto by nie znał Budki Suflera? Szczerze wątpię. Już prędzej znalazłby się ktoś, kto by kojarzył zespół z „Takiego Tanga” i „Balu Wszystkich Świętych”. Okej – można i tak. W końcu to najbardziej znane piosenki, głęboko wyeksploatowane przez radia i inne media. Dziś zajmiemy się jednak bardziej klasycznym wcieleniem zespołu, biorąc pod lupę kompilację z pierwszych 10 lat aktywności studyjnej grupy.

Nie jestem zbyt specjalnie pozytywnie nastawiony do kompilacji (wręcz odwrotnie), ale już nie raz okazało się, że zdarzają się chwalebne wyjątki. Opisywany krążek, najbardziej zresztą znany w postaci winylowej – również można zaliczyć do takiej kategorii. Głównie dlatego, że nie jest to typowy skok na kasę, czy „The best of” kaleczący materiał wyjściowy. Wydawnictwo wymagało od grupy niewiele mniejszego zaangażowania niż niektóre albumy studyjne. Właściwie cały materiał z klasycznych płyt został nagrany na nowo. Co najważniejsze – w bogatszych aranżacjach, z większym rozmachem, niż było to wcześniej. Bo tak jak sama jakość skomponowanego materiału z tamtych lat broni się w całej okazałości do dziś, to samym nagraniom brakuje trochę do ideału. Nie tylko technicznie, ale umiejętności samej Budki były trochę ograniczone. Ma to swój niewątpliwy urok, ale osobiście żałuję, że chociażby suita „Szalony Koń” nie doczekała się podobnego odrestaurowania jak utwory z „1974-1984”. Poza tym album stał się również domem dla piosenek nie wydanych wcześniej w żaden sposób – chociażby „Czas Ołowiu” czy też pamiętliwa „Jolka, Jolka, pamiętasz”. Jakimś cudem autorom udało się sprawić, by materiał był ze sobą spójny. Musiało to być o tyle trudne, bo ukazane są tutaj najróżniejsze oblicza zespołu (szczególnie mówię tutaj o trzech różnych wokalistach). Być może jest to też trochę zasługa wspomnień (w „dawnych” czasach często odsłuchiwałem płytę z oryginalnego, czarno-płytowego wydania). Niemniej jednak jest to kluczowy „album” czy też „kompilacja” w historii polskiego rocka.

Okładka przedstawiająca helikopter (skąd bierze się potoczna nazwa albumu) trzyma się mimo swoich lat zaskakująco dobrze. Samo wydanie w digipacku jest próbą przedstawienia oryginalnego designu w mniejszej formie. Nie jest to jednak nic zaskakującego. Dosyć ciekawe jest wytłoczenie płyty CD w wypukły sposób, przez co dotykiem przypomina stare wydanie. Z drugiej strony to ukazanie przez wydawcę, że jedyne i pełnoprawne wydanie to było to na winylu, a wersja CD to tylko taka „wspominka”.

Ocena albumu: 4+

Budka Suflera - 1974-1984
Przód
Budka Suflera - 1974-1984
Bok
Budka Suflera - 1974-1984
Digipak w środku i płyta. Sam krążek ma wypukłości symulujące płytę winylową.
Budka Suflera - 1974-1984
Lista utworów.
Budka Suflera - 1974-1984
Tył
Barcode / Kod kreskowy 5907783425301
Wytwórnia Muza Polskie Nagrania Muzyczne
Nr. Katalogowy PNCD 1530
Wydawnictwo zawiera 3-płatowy Digipak, płyta.
Ocena Ocena za wydanie

Cocteau Twins – Treasure (cd, jewelcase, reedycja 2002) – 1984

Ostatnio mam szczęście natrafiać na płyty, które od samego początku i pierwszych dźwięków uwalniają wszystkie emocje w nich zawarte, jednocześnie pamiętając by zostawić coś na kolejne i kolejne przesłuchania.

Jedną z nich było „Treasure”, które odkryłem w dosyć sztampowy sposób – trafiłem na zespół Cocteau Twins poprzez gościnny występ wokalistki Elizabeth Fraser na krążku „Mezzanine” Massive Attacku. Po krótkim obejrzeniu „co w Internecie piszczy” na temat grupy, szybki wybór padł na najbardziej doceniony krążek szkockich dream-poperów.

Nigdy wcześniej nie trafiłem na taki gatunek, ale jeżeli „Treasure” jest jego typowym przedstawicielem, to wcale mnie taka nazwa nie dziwi. Niezwykły, mistyczny, może nawet trochę gotycki, ale właśnie przede wszystkim rozmarzony klimat to chyba to, co jest największą siłą tego Skarbu. Tak, tak, nawet tytuł płyty jest trafiony już nawet nie tyle w „dziesiątkę” co w „jedynastkę”. Może i brzmi dosyć narcystycznie ze strony artystów, ale krążek naprawdę mocno kojarzy się z takim pięknym, oszlifowanym diamentem. A sama liczba twórców jest tak bardzo ograniczona do minimum, że jest ich w sumie sześciu (w tym jeden designer i dwóch inżynierów dźwięku). W swoim porozumieniu, udało im się stworzyć dzieło niezwykłe, nienurzące, pełne muzycznych zwrotów akcji, wszystko zamykając w spójnym koncepcie. Elizabeth Fraser posiada anielsko przepiękny głos i używa go w ciężki do opisania, kompletnie własny i nietypowy sposób, poruszając się jak Królowa po magicznych pejzażach dźwiękowych. Pełne są one eksperymentalnych gitar (głównie łagodnych). Jestem niezwykle zdumiony jak niewiele środków wyrazu trzeba było użyć by stworzyć taką przestrzeń dźwiękową. Zaś automaty perkusyjne, które zostały użyte (bądź sample – nie jestem pewien) od zawsze mnie rajcowały, i stanowią bazę dla unikalnego brzmienia zespołu.

Do czynienia mamy na płycie z mega-wpadającymi w ucho kompozycjami jak „Ivo”, agresywnymi manifestami („Persephone”), wesołymi, podnoszącymi na duchu utworami („Lorelei”). Znalazło się miejsce również na wręcz ambientową czterominutówkę – „Otterley”, oraz kwintesencję albumu w utworze zamykającym. I tutaj mógłbym dostrzec pierwszą wadę – po 40 minut czegoś tak pięknego… odczuwałem niedostyt. Wiem, że mamy do czynienia ze starannie wyselekcjonowanym materiałem, ale konieczne jest tutaj przesłuchanie płyty co najmniej kilkukrotne pod rząd. Można się więc domyślić, że zjawisko „przesłuchania” nadchodzi bardzo szybko. Na szczęście po przerwie można powrócić w ten pięknie wykreowany świat na nowo. Bez żadnych strat.

To, że prawdziwego Szkota ciężko zrozumieć, nawet jeśli mówi po angielsku – przekonałem się mieszkając w Wielkiej Brytanii. A teraz proszę sobie wyobrazić, że na „Treasure” nikt się nie wstydzi szkockiego akcentu, a wokalistka bawi się w gry słowne i przeinaczanie słów, przez co warstwy lirycznej po prostu nie rozumiem. Wręcz czuję się jak podczas słuchania Sigur Rósowego wymyślonego języka. Ale to wcale nie wpływa negatywnie na odbiór dzieła… Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że jest odwrotnie.

Niestety samo wydanie jest niezwykle ubogie. Okładka też mnie jakoś specjalnie nie powaliła, a w mojej reedycji jest wydrukowana w dosyć niskiej rozdzielczości, przez co wygląda trochę jak pirat. Zaś zamiast książeczki otrzymaliśmy karteczkę z listą utworów i w zasadzie tyle.

Ocena albumu: 4+

Cocteau Twins - Treasure
Okładka
Cocteau Twins - Treasure
Bok
Cocteau Twins - Treasure
Środek wydawnictwa
Cocteau Twins - Treasure
„Książeczka”, chociaż ciężko tą karteczkę tak nazwać…
Cocteau Twins - Treasure
Tył
Barcode / Kod kreskowy 652637041224
Wytwórnia 4AD
Nr. Katalogowy GAD 412 CD
Wydawnictwo zawiera Jewelcase, okładkę-karteczkę, płytę.
Ocena Ocena za wydanie

No-Man – Flowermouth (cd, super jewelbox, reedycja 2005) – 1993

Kolejna znakomita płyta no-man. Ileż można? Mam nadzieję, że bez końca. Ale jej odbiór miałem o tyle utrudniony, że przez większość czasu nie doceniałem jej sporej części. Jednak powinno to być wybaczalne, gdyż dwa utwory – pierwszy i ostatni – to coś na tyle szczególnego, że trzeba im poświęcić osobne akapity.

„Angel Gets Caught in the Beauty Trap” jest niczym romantyczna epopeja muzyczna w dzisiejszych czasach. To potężny i rozbudowany 10-minutowy utwór. Co prawda na tym blogu już nie raz mięliśmy do czynienia z o wiele dłuższymi progresywnymi zawirowaniami, ale „intro” z „Flowermouth” to zupełnie inna beczka miodu. Po pierwsze instrumentarium jest niezwykle bogate (mają tu zasługi zaproszeni goście tacy jak Robert Fripp (!), Richard Barberi, Steve Jansen czy inni), ale zostało ono wykorzystane w bardzo umiejętny sposób, a wszystko zostało niezwykle dopracowane. Dzięki temu przy każdej okazji możemy usłyszeć coś nowego, albo poznać utwór z nieco innej strony. Po drugie: mamy tu do czynienia z sytuacją, w której zarówno głos jak i osobowość Tima Bownessa nie tyle pasuje do muzyki, ale wydaje się być dla niej stworzona. Wypada on tu wyśmienicie. Ostatnią rzeczą, na którą chciałbym zwrócić uwagę to podzielenie „Angel Gets…” na kilka fragmentów, które inaczej oddziaływają na słuchacza, nie zmieniając kompozycji tak drastycznie, by wciąż czuć, że to wciąż ten sam utwór. Tak mocno intryguje, że każde kolejne przesłuchanie to nowe doznania… Z tego co usłyszałem od Tima Bownessa podczas krótkiej rozmowy z nim „Angel Gets…” to jeden z tych utworów, które powstały stosunkowo dawno, a później były rozbudowywane, zmieniane i ulepszane (sporo kluczowych piosenek no-man miało podobny proces twórczy). Kto wie, może jeszcze kiedyś usłyszymy jakąś „nowszą” wersję? Bo na Youtube dostępna jest w nieco innym mixie, ale wcale nie brzmiąca jak demo, która zaintrygowała mnie równie mocno, co wersja albumowa.

Drugi z utworów to „Things Change”, który w kontekście płyty jest czymś zupełnie z innej beczki (te beczkowe aluzje się dziś mnie trzymają jak nie wiem co…). Brzmi on raczej jak piosenka nowszego okresu zespołu – łagodne, powolne, piękne dźwięki syntezatorów i gitary, długie budowanie nastroju… Tym co wyróżnia „zmieniające się rzeczy” to chyba eksplozja tego wszystkiego, co zbierało się przez pierwsze cztery i pół minuty w niemalże post-rockowy sposób. Tylko tutaj załatwiono to przyspieszeniem utworu, oraz szaleńczymi popisami na perkusji oraz… skrzypcach elektrycznych. Długo mi zeszło by dojść do tego, że to nie jest gitara. Końcówka tak mocno dowala w „thingsy” w głowie, że nigdy nie czuję niedosytu po przesłuchaniu tego krążka (a przypomnijmy, że jest to utwór zamykający). Swoją drogą, ciekawe czy ktoś się tutaj inspirował no-manem pisząc piosenkę, również traktującą o tym, że wszystko się zmienia? (Link) 😀

I o tyle by docenić dwa wyżej wspomniane dzieła problemu większego nie miałem, to z całą resztą już troszkę większy. Pozostałe 7 utworów utrzymane jest w podobnej stylistyce trip-rockowej i elektronicznej, i w mojej ocenie o wiele trudniej się z nimi zaprzyjaźnić. Potrzebowałem trochę czasu by zrozumieć koncept, jakim kierowali się twórcy. Ale szczęśliwie mi się udało. Kupując płytę nie miałem wrażenia, że robię to tylko dla dwóch utworów, bo cała płyta jest naprawdę wybitna. Ale pozostawię Wam resztę już do samodzielnego odkrycia 🙂

Wydanie, które posiadam to reedycja z 2005 roku. Zawiera ona tylko 12 stronicową książeczkę i płytę, zapakowane w Super Jewelbox. Szczególnie upodobałem sobie art z okładki (który stał się moim avatarem tu i ówdzie), a pozostałe są utrzymane w podobnej konwencji kwiatowej (proszę tylko by nikomu nie zachciało się oglądać teledysku do „You Grow More Beautiful, który co prawda jest kwiatowy, ale… Nie.) Aleph Studio, które zaprojektowało od nowa wygląd czerpało grafiki z oryginalnego wydania z roku 1993 wytwórni One Little Indian Ltd., które z tego co można wyczytać z tyłu opakowania, do dziś rości sobie prawa do muzyki. Nie było tych grafik zbyt wiele, ale całość została przystosowana na dzisiejsze warunki w sposób poprawny. Oprócz tego, moja wersja otrzymała dwa dodatkowe utwory: „Angeldust” to jedno z próbnych wersji czy też dem „Angel Gets…”, które idealnie pokazuje, jak bardzo ten utwór mógłby być zły. Zaś „Born Simple” to 12-minutowy pejzaż ambientowy, utrzymany w mrocznym i przejmującym stylu.

Ocena albumu: 4

No-Man - Flowermouth
Prezentacja wydawnictwa
No-Man - Flowermouth
Tył
No-Man - Flowermouth
Środek
No-Man - Flowermouth
Bok
No-Man - Flowermouth
Książeczka – jak zwykle bogate opisy pióra Tima.
No-Man - Flowermouth
Co prawda nie ma w niej zbyt wielu artów.
No-Man - Flowermouth
Teksty i zdjęcie zespołu.
Barcode / Kod kreskowy 802644711126
Wytwórnia Kscope Music
Nr. Katalogowy kscope111x
Wydawnictwo zawiera Super jewelbox, 12 stronicową książeczkę, płytę
Ocena Ocena za wydanie

Pink Floyd – Animals (cd, card, Discovery Edition z 2011 roku) – 1977

Tak się złożyło, że żyję obecnie nieopodal jednej z ikon Pink Floydowej działalności. Battersea Power Station (pol. Elektrownia Battersea) z okładki albumu „Animals”. Zamiast więc rozpisywać się o tej płycie, postanowiłem zaproponować Wam recenzję fotograficzną: (wszystkie zdjęcia oczywiście mojego autorstwa)

tekst
Wciąż, bezustannie okryty chmurami budynek. Największy ceglany twór architektoniczny z Europy. Dziś już „nieużywany”…
Battersea Power Station #2
Ale zaraz, przecież mamy postmodernizm. Nic się nie może zmarnować, nawet jeśli jest to modernistyczny budynek. Duża przestrzeń zagospodarowana wokół, ogrodzona murem, a także z daleka widoczni robotnicy, to coś musi oznaczać.
Zupełnie przypadkowo postawili tą elektrownię na mojej drodze do pracy.
Zupełnie przypadkowo postawili tę elektrownię na mojej drodze do pracy. Tyle razy ją widzę, a wciąż robi wrażenie.
Battersea Power Station #4
Money is back?

Battersea Power Station #5

Wszystko jasne. Powstaje tu teraz osiedle dla bogatych. Mieszkania, biura, restauracje, galerie handlowe… Biorąc pod uwagę symbolikę jaką niesie ze sobą ta budowla na „Animals” z początku chciałem napisać: „Gdyby Pink Floydzi nie żyli to by się w grobach poprzewracali. A tak to słychać tylko lekkie szmery tam, gdzie pochowano Wrighta”.
Ale gdy pomyślałem o tym dłużej
Ale teraz wydaje mi się, że Floydom (przez przypadek) udało się wybrać ponadczasowy symbol. A, i oczywiście samą muzykę można określić w dokładnie ten sam sposób. Wszystko gra więc znakomicie.

Ocena albumu: 5

Pink Floyd - Animals
Okładka
Pink Floyd - Animals
Środek wydawnictwa
Pink Floyd - Animals
Tył
Pink Floyd - Animals
Bok
Pink Floyd - Animals
Płyta
Pink Floyd - Animals
Pierwsza i ostatnia strona książeczki tworzy rozkładówkę.
Pink Floyd - Animals
Książeczka
Pink Floyd - Animals
Książeczka
Pink Floyd - Animals
Książeczka
Barcode / Kod kreskowy 5099902895123
Wytwórnia EMI
Nr. Katalogowy  –
Wydawnictwo zawiera Card z wysuwaną płytą z jednej strony i książeczką (12-stronicową) z drugiej.
Ocena

Ocena za wydanie

Porcupine Tree – Signify (cd, jewelcase) – 1996

Ten wpis to raczej oznaka desperacji. Tak, ja wciąż żyję, trochę gorzej z samym blogiem, którego przyszłość jest niezwykle trudna dla mnie do określenia.

Z płytą „Signify” mieliśmy już do czynienia w innym wpisie, ale pokusiłem się na jego pierwsze wydanie, bez „remasteru”, gdyż w tamtej edycji było słychać przestery i inne czynności pogłaśniające.

Rzeczywiście, bezremasterowa opcja zyskała na pewno na długodystansowej słuchalności, przez co wybieram ją, gdy mam ochotę na przesłuchanie całego krążka. Ale ciężko mi powiedzieć, która edycja jest „lepsza”, bowiem obie nadają się do czegoś innego. Remaster sprawił, że utwory są jakby nieco bardziej przebojowe i po prostu mocniejsze (ach, to pogłośnienie), ale potrafią przy nim wysiąść uszy przy dłuższym posiedzeniu, lub przy nazbyt głębszym skupieniu. Wersja wydana w jewelcase’ie przez Delerium Records posiada więcej słyszalnych dźwięków, jest nieco bardziej pełna, ale nie potrafi porwać w ten sam sposób co jej przerobiona bliźniaczka. Niestety jest ona obecnie nie dostępna, a wątpię by wiele osób pokusiło się na jakieś aukcjobranie. Nawet w serwisach z zakrytym jednym okiem przepaską, królują remastery. A szkoda, bo jestem zdania, że obie wersje powinny znaleźć się w bibliotece każdego słuchacza.

Co do typografii: oryginalny napis na środku płyty i nazwa zespołu w pasku bocznym wygląda na pewno tysiąc razy bardziej klimatycznie niż zunifikowane „grawery” z nowych reedycji, które troszkę nastrzępiły psychodeliczny wystrój. Teksty piosenek są niepoprawnie porozwalane w dziwaczny sposób, i ma to swój urok, choć jest zapewne koszmarem typografa (czy jak się te typy od typografii nazywają). Stara wersja opakowania ma więc jakąś taką duszę, która w magiczny sposób łączy się z resztą.

Ocena albumu: 5

Porcupine Tree - Signify
Przód
Porcupine Tree - Signify
Bok
Porcupine Tree - Signify
Środek
Porcupine Tree - Signify
Książeczka
Porcupine Tree - Signify
Książeczka
Porcupine Tree - Signify
Książeczka
Porcupine Tree - Signify
Tył
Barcode / Kod kreskowy 5032966094521
Wytwórnia Delerium Records
Nr. Katalogowy DELEC CD045
Wydawnictwo zawiera Jewelcase, 12 stronicowa książeczka, płyta.
Ocena Ocena za wydanie