Archiwa tagu: Deluxe

Mike Oldfield – Man on the Rocks (2cd, digipak, deluxe edition) – 2014

Przyznam się bez bicia, że jeszcze nie słuchałem Oldfielda na poważnie. Oczywiście kojarzyłem jego nazwisko i bliżej nieokreślone strzępy twórczości, aczkolwiek nie trafiła się okazja, by zagłębić się w jego dźwięki. Aż do dzisiaj, bo czy może być lepsza sposobność niż premiera nowego long playa? Co prawda poznawanie uznanych artystów od strony nowości może być niebezpieczne, bo rzadko się zdarza by te nowe albumy dorównywały starszym, ale już nie raz zadziałały na mnie jako zachęta do poznawania. No nic, postanowiłem dać temu – z wyglądu – sympatycznemu, starszemu panu szansę.

Okładka po prostu idealnie odwzorowuje to, co można znaleźć na płycie. Początkowy „Sailing” to przeuroczy, choć typowo singlowy utwór oparty na sielskich dźwiękach gitary akustycznej i prostej perkusji. Nie do końca spodziewałem się takiej formy muzycznej po osobie określanej jako muzyk progresywny – ale przecież płyty słuchałem na żywioł. Okazuje się więc, że wpadające w ucho motywy przywołujące na myśl pop-rock jeszcze nie raz dadzą o sobie znać na krążku. Idealnie wpasowany głos w konwencję albumu okazał się nie należeć do samego Mike’a. Po prostu nie miałem pojęcia, że on sam nie udziela się wokalnie. Teraz sam nie wiem jak mogłem pomyśleć, że to jego wokale. Dopiero po sprawdzeniu materiałów promocyjnych ukazał mi się przed oczami niejaki śpiewak Luke Spiller, który wystylizowany w klimaty emo-rockowca trochę pokłócił mi się z konwencją samego „Człowieka na Skałach”. Zacząłem odczuwać bardziej elementy sztuczności, szczególnie, że panowie sami przyznali, że album tworzony był bez rzeczywistej współpracy muzyków, gdyż ich kontakty były internetowe.

Postanowiłem jednak porzucić wszelkie wątki poza-muzyczne, gdyż często nie warto zawracać sobie nimi głowę. Szczególnie, że sam wokal Luke’a – jak już wspominałem – wpasował się w ten nieco przesłodzony klimat płyty. Można to liczyć jako spory plus. Nasz bohater drugoplanowy potrafi wydusić z siebie (co prawda ze sporym wsparciem zaplecza post-produkcyjnego) imponujące dźwięki. Słuchając „Man On The Rocks” czy „Nuclear” jest to pokaźnie uwydatnione. Wspomniane kompozycje to moje ulubione „numery” z płyty: pierwszy zaczyna się w spokojny sposób by powoli kumulować dobrą energię, a kończy się naprawdę mocnym kopem. Zaś „Nuclear” to najsmutniejszy utwór, który z dosyć niezłym skutkiem próbuje być czymś na wzór wybuchem gniewu.

Największym zarzutem wobec płyty okazuje się jednak to, że tak naprawdę nie jest dziełem w niczym wybijającym się. Nie kwalifikuję go jako typowej sztuki (chyba, że rzemieślniczej), raczej jako uraczenie swoich uszu pięknie napisanymi melodiami, które jednak potrafią przenieść w ten inny świat. Motywy, jak to na muzykę z nurtu popularnych, potrafią „grać” w głowie długimi godzinami, a same piosenki fajnie się nuci. Co więcej, cały „Man on the Rocks” trzyma dosyć równy poziom. Myślę, że będę go „używał” jako pewnego rodzaju przerwę pomiędzy inną muzyką. Idealnie też pasuje do prostego grania w tle. Ale z drugiej strony – nie przypisywałbym mu nic ponadto. Pomimo to, ciężko płyty nie polecić. Nawet jeśli na kilka przesłuchań, potrafi ona dać radość. Szczególnie w piękny, słoneczny dzień.

Moje wydanie nazwane zostało chlubnie „Deluxe Edition”. Choć tak naprawdę jest to tylko „średnia” wersja. Do wyboru była jeszcze w pełni wypasiona, oraz najzwyklejsza w jewelcase’ie. Dwupłytowa digipakowa edycja zawiera dodatkowo wersje instrumentalne, które trochę tracą sens bycia, więc wątpię, żebym z nich skorzystał. Jak już mówiłem: okładka idealnie odwzorowuje album, więc jest trochę przesłodzona, przeprodukowana i sztuczna, ale dzięki temu pasuje. Gorzej z tym, co znajdziemy w środku. Są dwa udane zdjęcia Oldfielda, kilka najzwyklejszych fotografii z produkcji, a także koszmar designera: białe fonty na kompletnie niepasujących teksturach. Ogólnie nie zaliczałbym oprawy graficznej do zbyt udanej.

Ocena albumu: 3

Mike Oldfield - Man on the Rocks
Okładka
Mike Oldfield - Man on the Rocks
Digipak po otwarciu
Mike Oldfield - Man on the Rocks
Bok
Mike Oldfield - Man on the Rocks
Digipak w pełni
Mike Oldfield - Man on the Rocks
Książeczka
Mike Oldfield - Man on the Rocks
Książeczka
Mike Oldfield - Man on the Rocks
Książeczka
Mike Oldfield - Man on the Rocks
Tył
Barcode / Kod kreskowy 602537606962
Wytwórnia Mercury Records Ltd / Virgin / Emi Records
Nr. Katalogowy 376 069-6
Wydawnictwo zawiera Digipak 4 płatowy, 16-stronicową książeczkę, 2 płyty.
Ocena Ocena za wydanie
Reklamy

Tim Bowness / Peter Chilvers – California, Norfolk (2cd, digibook, reedycja 2013) – 2002

Nigdy nie zostałem rozczarowany przez jakąkolwiek twórczość czy projekt, w który byłby zaangażowany Tim Bowness, a sama jego postać kojarzy mi się równie pozytywnie. Dosyć niedawno wypuszczona została reedycja jednego z albumów, w którym uczestniczył – nagrana wraz z Peterem Chilversem („nieznanego” chociażby z kolaboracji z Brianem Eno). Niewiele potrzebowałem by spróbować Kalifornii okiem tych dwóch panów.

Choć w pewnym stopniu wiedziałem, czego mam się spodziewać: raczej przygaszonej, wolnej płyty, to jednak samo odkrycie stylu jakim operuje Chilvers jest niezwykle satysfakcjonujące. Jego ambientowe melodie, klawisze, powtarzające się dźwięki, minimalizm w pełnym rozkwicie – zdecydowanie warto się w nie zaopatrzyć podczas spaceru po miejskiej dżungli. Wokale Bownessa są niezbyt zaskakujące, ale nikt chyba tego nie oczekiwał, szczególnie ja. Wpisały się w tą konwencję wręcz idealnie.

„California, Norfolk” nie obfituje specjalnie w jakieś „przeboje” czy inne „hity”. Jedynym utworem, który mógłby się przebić do radia czy na potencjalnego singla to „Post-Its” z zapadającym w ucho refrenem i dosyć prosto skrojoną „podstawą” utworu. Natomiast cała reszta wydaje się być niezwykle równa. Proszę tylko nie mylić tego z brakiem różnorodności. Bo choć sam album kręci się w okół raczej jednej spójnej konwencji to każdy następny „numer” oferuje coś innego.

Stworzenie długiego i dobrego utworu to sztuka, którą niezwykle sobie cenię. Dlatego jestem pod niezwykłym wrażeniem „dziesięciominutówki” pochodzącej z kolaboracji. „Winter With You” to fenomenalne połączenie powolnego rozbudowywania utworu, wracających motywów, pięknych słów i olbrzymiej dawki smutku. Szczególnie piorunujący efekt jest dostępny na drugim dysku dołączonym do wydawnictwa (które zostało uznane jako „deluxe”), gdzie znalazła się wersja alternatywna utworu. Nie dość, że została jeszcze wydłużona, to głównym elementem ją tworzącym są mrożące dźwięki smyczko-podobne. Jest to bezsprzecznie najmocniejszy punkt wydawnictwa, za który należą się owacje na stojąco.

Oprócz tego na dodatkowym dysku znaleźć można wiele innych wersji alternatywnych, które często wcale nie są gorsze: warto więc przedłużyć sobie obcowanie z albumem. Starczyło również miejsca dla B-side’ów i kilku utworów wykonanych na żywo. Całość została opakowana Digibookiem w rozmiarze DVD i tradycyjnie wylewnymi notatkami od Tima. Choć oprawa graficzna jest skromna to podoba mi się. Dla pierwszych iluś-tam osób zamawiających dorzucono również dwie pocztówki, w tym jedna podpisana przez artystów.

Ocena albumu: 4

Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Okładka
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Pierwsze strony
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Bogaty opis historii albumu
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
…a także znaczenie pojedynczych autorów.
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Książeczka i kilka fotografii
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Bok
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Tył
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Dwie pocztówki dołączane do wydawnictwa
Tim Bowness / Peter Chilvers - California, Norfolk
Ta z „Californią” podpisana przez obu artystów
Barcode / Kod kreskowy =
Wytwórnia Burning Shed
Nr. Katalogowy =
Wydawnictwo zawiera Digibook wielkości DVD, 2 płyty CD, 2 pocztówki (w tym jedna podpisana przez obu artystów)
Ocena

Ocena za wydanieOcena za wydanieOcena za wydanie

Epica – Design Your Universe (cd, digibook) – 2009

„Design Your Universe” na samym początku już zaskakuje swoim rozmachem jeśli chodzi o produkcję. Nawet nie samo to, że użyto orkiestrę i chóry, bo to w sumie pewien standard, jeśli chodzi o symfoniczny metal. Album Epiki z 2009 ma jednak tak dobrze nagrany i zmiksowany dźwięk, że byłem wręcz porażony z jednej strony donośnością metalicznych elementów, a z drugiej pięknymi symfonicznymi aranżacjami. Poza tym płyta jest niezwykle długa – trwa prawie półtorej godziny. Prawdopodobnie istnieją osoby, które mogą przedrzeć się przez tak długi album metalowy (a tutaj mamy jeszcze zbliżenie perkusji czy mocniejszych riffów do melodycznego deathu), ale ja (nie)stety do takich nie należę, więc odkrycie wszystkiego, co czaiło się na płycie trochę mi zajęło. A nawet powiem, że jest na tyle ponadczasowe, że lubię sobie wrócić do tego krążka co jakiś czas! Zadziwiające jest również to, jak Epice udało się połączyć bardzo rozbudowane kompozycje, a nawet wpleść elementy zbliżone do koncept albumu, używając dość prostych środków wyrazu. Przyczepić się oczywiście można, że w sumie większość materiału nie jest zbytnio odkrywcza, ale to takie szukanie dziury w całym, bo album jest bardzo dobry.

Jeśli chodzi o wydanie, to płyta została zapakowana w bardzo ładny, niewymiarowy digibook. Design jest według mnie bardzo dobry, wszystkie arty idealnie kreują klimat płyty. Jest tylko jedno duże „ale” – w sumie większość stron zajmują beznadziejne kiczowate zdjęcia zespołu.

Posiadacze limitowanej wersji digibook (z nieco przesadzonym nakładem) otrzymali dodatkowo utwór „Incentive”. Sam za bardzo nie wiem po co, jest to najnudniejszy kawałek z całego krążka.

Ocena albumu: 3+

Epica - Design Your Universe
Prezentacja
Epica - Design Your Universe
Bok
Epica - Design Your Universe
Książeczka
Epica - Design Your Universe
Książeczka
Epica - Design Your Universe
Książeczka
Epica - Design Your Universe
Książeczka
Epica - Design Your Universe
Książeczka
Epica - Design Your Universe
Płyta
Epica - Design Your Universe
Tył
Barcode / Kod kreskowy 727361234508
Wytwórnia Nuclear Blast GmbH
Nr. Katalogowy NUCLEAR BLAST 27361 23450
Wydawnictwo zawiera 24-stronicowy, niewymiarowy, gruby digibook z  czarnym trayem na końcu,  płytę CD
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanie

Stream of Passion – Embrace the Storm Special Edition (cd+dvd, jewelcase, slipcase, reedycja 2010) – 2005

Znany skądinąd Arjen Anthony Lucassen bo otrzymaniu niezwykle pozytywnych recenzji po wydaniu albumu „The Human Equation” pod szyldem Ayreon, zauważył, że sporo z nich dotyczyło jednej z wokalistek. Dokładniej Marceli Bovio. Postanowił więc zebrać międzynarodową grupę i powołać do życia nowy projekt muzyczny. Stream of Passion, który powstał w ten sposób, okazał się dość Arjenową wariacją na temat symfonicznego i progresywnego metalu. Krążek – „Embrace the Storm” – okazał się dość dobry, by nie zaniżyć poziomu reprezentowanego przez muzykę sygnowaną nazwiskiem Lucassena. Jednakże nie jest ona też w żaden sposób wybitna czy arcyciekawa. Po prostu dobra płyta i nic więcej.

Wersja, którą posiadam to reedycja z 2010 roku, zapakowana w slipcase’a, z dołączoną dodatkową płytą DVD. Znajdziemy na niej demówki, teledysk (beznadziejny), a także bonusy typu making off. Ale sama prezentacja graficzna całego zespołu naprawdę nie powala, ocierając się często o kicz.

Ocena albumu: 3

Stream of Passion - Embrace the Storm CD+DVD
Prezentacja
Stream of Passion - Embrace the Storm CD+DVD
Przód
Stream of Passion - Embrace the Storm CD+DVD
Tył
Stream of Passion - Embrace the Storm CD+DVD
Przód slipcase’a i jewelcase’a
Stream of Passion - Embrace the Storm CD+DVD
Środek jewelcase’a
Stream of Passion - Embrace the Storm CD+DVD
Jewelcase
Stream of Passion - Embrace the Storm CD+DVD
Książeczka
Stream of Passion - Embrace the Storm CD+DVD
Książeczka
Stream of Passion - Embrace the Storm CD+DVD
Książeczka
Stream of Passion - Embrace the Storm CD+DVD
Książeczka
Stream of Passion - Embrace the Storm CD+DVD
Tył
Barcode / Kod kreskowy 5052205015032
Wytwórnia InsideOut Music / Century Media Recrods Ltd.
Nr. Katalogowy IOMSECD 238 / 0501503
Wydawnictwo zawiera Slipcase’a, dwupłyowego jewelcase’a, 2 płyty, 24 stronicową książeczkę
Ocena Ocena za wydanie

Riverside – Shrine of New Generation Slaves (2cd, digibook) – 2013

Rozwój i karierę Riverside śledzę już od pewnego czasu. Najbardziej upodobałem sobie pierwszy album – „Out of Myself„, ale później również nie schodzili poniżej pewnego, zaskakująco wysokiego poziomu jak na polski band. Ale coś wisiało w powietrzu – dlatego gdy usłyszałem po raz pierwszy singla „Celebrity Touch”, który został wypuszczony do sieci jakiś czas przed premierą albumu – poczułem się tak „podjarany” jak kiedyś, gdy oczekiwałem na „Grace for Drowning” Stevena Wilsona. Trochę mnie dziwiło, gdy odkryłem, że bardziej czekam na nowy album Riverside’u, a nie (w końcu mojego ulubionego artysty!) Wilsona… Jak się okazało „The Raven that Refused to Sing” jest bardzo porządnym albumem, ale jednak to „coś”, co znalazłem w „SONGS” Riverside’u rzuciło mnie wręcz na kolana. I to trochę od odwrotnej strony – bo najpierw złapałem się za dodatkowy dysk, dołączany do specjalnej edycji w digibooku. 22 minuty instrumentalnej muzyki ambientowej w bardzo podobnym stylu do Lunatic Soul, choć może z nieco innym klimatem… A przecież najlepsze miało dopiero nastąpić! Dokładniej: najlepsza płyta Riverside kiedykolwiek. Kompozycyjnie, klimatycznie, produkcyjnie… Jest ona również nieco spokojniejsza niż poprzednie dokonania zespołu, dlatego myślę, że bez problemu mogą się jej „dotknąć” osoby nie przepadające za mocniejszym uderzeniem. Nie wiem jak Wy, ale ja jestem dumny, że współczesnemu zespołowi udało się nagrać tak udany krążek! Postanowiłem dać mu cztery gwiazdki – ale zaprawdę powiadam Wam – to są naprawdę bardzo, bardzo mocne cztery gwiazdki! Mocno się zastanawiałem nad oceną 4.5, ale kto wie… Zobaczymy jak będę odbierał album za jakiś czas.

Zaś wydanie jest niemalże równie spektakularne jak zawartość muzyczna. Gruby digibook z 32 stronami artów – bez żadnych przerw czy wypełniaczy! – przygotowanych przez Travisa Smitha. Choć wiadomo, że owy grafik zawsze trzyma poziom – tym razem wybił się na wyżyny swoich umiejętności! Oprawa graficzna jest więc zachwycająca. Niestety o wiele gorzej wyszedł teledysk (radzę po prostu go nie oglądać). Jako, że płytę wydał nasz rodzimy Mystic – cena też nie wygórowana! A już na pewno nie za tak piękne wydanie.

Ocena albumu: 4

Riverside - Shrine of New Generation Slaves
Prezentacja
Riverside - Shrine of New Generation Slaves
Bok
Riverside - Shrine of New Generation Slaves
Pierwsza płyta
Riverside - Shrine of New Generation Slaves
Książeczka
Riverside - Shrine of New Generation Slaves
Książeczka
Riverside - Shrine of New Generation Slaves
Książeczka
Riverside - Shrine of New Generation Slaves
Książeczka
Riverside - Shrine of New Generation Slaves
Książeczka
Riverside - Shrine of New Generation Slaves
Druga płyta
Riverside - Shrine of New Generation Slaves
Tył
Barcode / Kod kreskowy 5903427875914
Wytwórnia Mystic Production
Nr. Katalogowy MYSTCD 231
Wydawnictwo zawiera 32-stronicowy, gruby digibook z matowym, porządnym papierem oraz dwoma trayami po bokach, 2 płyty CD
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanieOcena za wydanie

Porcupine Tree – The Incident (dvd+2cd, deluxe artbook in hard slipcase) – 2009

Setna płyta na Płytomaniaku, więc czas na kultywowanie tradycji sprzed 50 płyt. Więc i tym razem zapraszam na specjalny wpis! Wybór padł na najdroższe i największe wydawnictwo jakie mam w kolekcji: wielką księgę (w zasadzie to dwie) w ogromnym, twardo-okładkowym slipcase’ie. Co prawda już nie samego Stevena Wilsona, ale jego najbardziej znanego zespołu – Porcupine Tree.

Często słyszę że „The Incident” nie jest płytą lubianą, szczególnie w kręgach zatwardziałych fanów zespołu. Nie wiem więc dlaczego album ten tak bardzo mi się podoba? Prawdopodobnie wpływ mogły mieć czynniki pozamuzyczne, czyli chociażby posiadanie przeze mnie tego najdroższego wydawnictwa, którego zawartość z pewnością wpływa na odbiór. Może to dlatego, że „The Incident” to pierwsza płyta Porcupine Tree, którą usłyszałem? Albo zasługa po prostu genialnego miksu na 5.1? Nie mam pojęcia, ale do dziś ten album utrzymuje się na 1 miejscu w najczęściej słuchanych tworów PT na lastfm… No i co tu dużo mówić, uwielbiam go słuchać i nic na to nie poradzę.

Niemalże godzinna suita „The Incident”, podzielona na 14 kawałków jest w pewien sposób paradoksalna. Na pewno nie można powiedzieć, że jest spójna w taki sposób jak chociażby „Fear of a Blank Planet„. Jest to raczej zbiór luźno powiązanych ze sobą utworów. Mi osobiście kojarzy się ze wspominaniem swojego całego życia w obliczu śmiertelnego, tytułowego wypadku. Nie chcę dokładnie opisywać wszystkiego po kolei, gdyż wydaje mi się, że każdy powinien wysnuć jakąś własną interpretację podczas słuchania suity. A jeśli chodzi o warstwę muzyczną – mamy tutaj części typowo metalowe wraz z genialnymi riffami („The Blind House”, „Circle of Manias”), krótkie zmiany nastroju („Great Expectations”, „The Yellow Windows of the Evening Train”), trafiła się nawet piękna ballada, zresztą najlepszy utwór na płycie: „I Drive the Hearse”. Oczywiście to nie wszystko – w zasadzie każdy utwór jest czymś ciekawym (no, może oprócz „Drawning the Line”, który szybko mi się znudził i zawsze go przewijam). Ale dlaczego na początku tego akapitu wspomniałem, że to wszystko jest paradoksalne? Bo właśnie wszystko do siebie idealnie pasuje! Mimo tych ciągłych zmian ja wciąż czuję, że słucham jednego dzieła, które ma swój charakterystyczny początek i koniec.

Rzeczy z drugiej płyty to już troszkę co innego. Znalazły się tam jako część albumu, ale nie jako „The Incident”, co musi trochę dziwić ludzi. Mają swój nieco inny klimat i co ważne – trzymają poziom. Najbardziej lubię spokojnego „Flickera” i (trochę przydługawego) „Remember Me Lover”.

Nie da się ukryć, że płyta nie porywa wciąż swoją energią jak to można by było oczekiwać patrząc na poprzednie dokonania grupy. Często jest mrocznie, łagodnie, sentymentalnie… Wbrew pozorom „metalowa” płyta potrafi wzbudzać najróżniejsze emocje… Poza tym nigdy nie słyszałem czegoś co by choć trochę przypominało ten album… Może to jest siła „The Incident”?

Warto wspomnieć o miksie 5.1., który złapałem w łapy już długo po tym jak poznałem płytę na wylot. I dzięki niemu poznałem ją na nowo! Co prawda brak tu jakichś spektakularnych zmian, ale dźwięk jest tak dobrze rozłożony, że naprawdę mocno potęguje wrażenia ze słuchania, co naprawdę rzadko się zdarza.

A teraz jeszcze to dumnie brzmiące wydawnictwo: „deluxe artbook in hard slipcase” – czyli ogromna, bo w wielkim formacie (proszę spojrzeć na przyrównanie do zwykłego jewelcase’a), 128 stronicowa księga w twardej oprawie z fotografiami Lasse Hoilego. A pod nią, w wielkim tekturowym slipcase’ie można znaleźć jeszcze drugą, trochę mniejszą, bo 48 stronicową książkę, w miękkiej oprawie. Tym razem wypełnioną rysunkami Hajo Muellera.

Jestem w pewnym sensie fanem Lasse Hoilego, ale uważam, że w tym wypadku nie poradził sobie tak dobrze jak chociażby w „Grace for Drowning„. Czasem widać brak pomysłu, albo wizję nie do końca zrealizowaną, tak jak miała wyglądać. Nie zrozumcie mnie źle – jest też sporo fenomenalnych prac. Ale niestety całość nie wypadła genialnie, a szkoda… Żeby ocenić rysunki mam trochę mniejsze kompetencje, ale sam styl rysownika średnio mi podchodzi – ale też nie mogę powiedzieć, że niektóre kartki mi się wcale nie podobają. Nie dałem więc maksymalnej oceny za wydanie – jest bardzo dobrze, ale za taką cenę (400 zł) chciałbym żeby wszystko było idealne…

Przód wydawnictwa
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Bok Slipcase’a
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Całe wydawnictwo
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Tył slipcase’a
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Porównanie wielkości wydawnictwa do zwykłego jewelcase’a
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Wystający Artbook
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Artbook
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Tył artbooka
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Miejsca na płyty na okładce
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Strona tytułowa
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Spis utworów
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Po lewej strona z tytułem utworu, obok art
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Tekst utworu
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Artworki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Artworki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Artworki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Tekst utworu
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Artworki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Artworki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Artworki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Artworki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Artworki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Artworki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Artworki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Artworki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Artworki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Artworki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Artworki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Autorzy
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Autorzy
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Artworki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Ostatnia strona
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Płyta DVD po drugiej stronie okładki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Drugi artbook – tym razem z rysunkami
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Rysunki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Rysunki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Rysunki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Rysunki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Rysunki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Rysunki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Rysunki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Rysunki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Rysunki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Rysunki
Porcupine Tree - The Incident Deluxe
Tył
Barcode / Kod kreskowy ?
Wytwórnia Roadrunner Records
Nr. Katalogowy RR 7857-8
Wydawnictwo zawiera 116-stronicowy, wielki artbook w twardej oprawie z materiału, drugi 48 stronicowy artbook w miękkiej oprawie, 1 płytę DVD i 2 płyty CD oraz slipcase z twardego kartonu, który to wszystko „zamyka”.
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanieOcena za wydanieOcena za wydanie

Opeth – Heritage (cd+dvd, digipak) – 2011

Heritage to kompletna rewolucja w zespole Opeth. Zrezygnowano ze wszystkiego co jest metalowe (również z growlów), za co zespół był kochany. Nowa ścieżka rozwoju została zainspirowana takimi gigantami jak King Crimson czy Jethro Tull, a także pewnie kolaboracją ze Stevenem Wilsonem. „Heritage” więc to album neoprogresywny, pełny zwrotów akcji czy nawiązań do jazzu. Ciekawym zabiegiem jest „zestarzenie” dźwięku, przez co płyta wcale nie brzmi jak przeprodukowana nowość. Za to dość wiernie oddaje klimat gatunku. Nie bez znaczenia jest także wokal  Åkerfeldta, który idealnie wpasował się w nową koncepcję. Płyta wciąga i intruguje za każdym razem gdy ją włączam na nowo. Co prwada część starych fanów odwróciła się od zespołu, gdy ci przestali grać metal, ale chyba nie wiedzą co tracą…

Wydanie limitowane zostało wydane w digipaku. Z przodu mamy okładkę dwuwypukłą, która wygląda dość średnio – ciężko dostrzec tą masę szczegółów, które są na niej zawarte. Całe szczęście już normalną wersję artworku mamy w książeczce. Jest ona przyczepiona do digipaka. Oprócz okładkowego rysunku znajdują się w niej zdjęcia ze studia, teksty i w zasadzie tyle – czyli mogło być lepiej. Na dodatkowym DVD znajdziemy jak to zwykle bywa nudny making-off. Oprócz tego cały album w 5.1. (bardzo dobry mix Stevena Wilsona), a także 2 dodatkowe kawałki w stereo – nieco łatwiejsze w odbiorze niż cały album, ale równie dobre.

Opeth - Heritage
Prezentacja
Opeth - Heritage
Przód
Opeth - Heritage
Bok
Opeth - Heritage
Środek digipaka
Opeth - Heritage
Środek
Opeth - Heritage
Książeczka – przyklejona do digipaka
Opeth - Heritage
Książeczka
Opeth - Heritage
Książeczka
Opeth - Heritage
Książeczka
Tył
Tył
Barcode / Kod kreskowy 016861770556
Wytwórnia Roadrunner Records
Nr. Katalogowy RR7705-5
Wydawnictwo zawiera 3-płatowy Digipak z dwuwypukłą okładką, 15 stronicową książeczkę przyczepioną do digipaka, płytę CD i płytę DVD
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanie