Archiwa tagu: Digibook

Anathema – Universal („Fan’s Edition”, blu-ray+dvd+2cd, dvd-digibook) – 2013

Wcześniej nie recenzowałem ani jednego z trzech koncertów, które już Anathema ma w swoim dorobku wydawniczym. Dlaczego? Nie byłem pewny czy jest sens je kupować. Pierwszy z ’96 roku to jeszcze mocno żeliwny kawał metalu, coś o czym zespół niemalże zapomniał. Dwa następne „Were you there?” i „A Moment in Time” były dość niedopracowane, przy tym nieźle się powtarzały. Przez to pewne ikoniczne utwory grupy nigdy nie miały prawowitego nagrania wizualnego. Po wydaniu dwóch ostatnich albumów odrodziły się nadzieje na zapis koncertu, gdyż panowie (i jedna pani) 😉 występowali niezwykle często na scenach świata, a ich umiejętności grania, śpiewania i ogólnego „performowania” stale się podwyższały. To był bez wątpienia dobry okres na nową „koncertówkę”.

KScope nie pożałowało grosza i zapewniła spory rozmach temu wydarzeniu. Antyczny, rzymski teatr wypełniony bułgarskimi fanami po brzegi, orkiestra, dynamiczne światła oraz Lasse Hoile jako reżyser. Nie mogło się nie udać, nie? Mając taką nadzieję, bardzo długo przed ostateczną premierą „Universal”, przełączyłem się w tryb oczekiwania…

TAK! Udało się! W końcu mamy naprawdę dobrą płytę koncertową od Anathemy! Wszystko tu gra jak należy. Najoczywistszą rzeczą, z której już sobie zdawałem sprawę odwiedzając zespół na koncertach, jest głos Vincenta, który ewoluował w taki sposób, że teraz jest niemalże perfekcyjny (w sumie to samo można powiedzieć o Lee Douglas). Czasem wręcz ciężko uwierzyć, że ten człowiek ma przez te bite dwie godziny siłę dalej wyciągać w taki sposób 😉 Wokale ożywiły niektóre już wysłuchane przeze mnie na wszystkie strony piosenki. Chociażby „A Simple Mistake”, „Flying”, „Dreaming Light” czy „A Natural Disaster”. Ale nie tylko to. Wydaje mi się, że członkowie zespołu po prostu bardziej się zaangażowali i przekazali jeszcze więcej emocji niż na innych, mniejszych koncertach. Obecność orkiestry symfonicznej z pewnością dodaje pewnej rangi całemu wydarzeniu, ale nie jest aż tak zauważalna i potencjał jest nie do końca wykorzystany. Oczywiście wszystkie aranżacje są w porządku, ale pamiętajmy, że ostatnie albumy studyjne też zawierały sekcje orkiestralne. Przez to dźwięki tworzone przez Plodiv Philharmonic Orchestra są zbyt oczywiste, bo już w końcu wcześniej znane.

Mimo, że piosenki w jakiś zauważalny sposób nie zmieniły się od tego, co znane jest studyjnie, to jednak z większości z nich zespół potrafił wydobyć świeżość. Musi to brzmieć jeszcze świetniej dla „niedzielnych” fanów formacji, którzy nie są obeznani tak z materiałem. Nawet do technicznych zagadnień muzycznych nie mam nic do zarzucenia. To znaczy prawie: brak dźwięku 5.1. Ale tym razem odpuszczam, bo nawet nie miałbym jak go przetestować w obecnych warunkach.

Lasse Hoile ma lepsze i gorsze momenty jako reżyser czy „artworkrzysta”, tutaj jednak spisał się naprawdę porządnie. Oglądanie nie męczy, a nieudanie zapisane sceny można policzyć na palcach jednej ręki. A jest też kilka fenomenalnych, z wykorzystaniem bogatego, zmiennego oświetlenia. Dodaje to pewnego mistycznego klimatu, którym zresztą występ jest przepełniony.

Ale ten bardzo udany występ to nie wszystko, co zawiera wydawnictwo. Bo jako bonus dorzucono wykonanie pięciu utworów w wersji akustycznej z Londynu. Kameralny, skromny koncert, z udziałem tylko trzech osób z zespołu, okazuje się zawierać jeszcze większe pokłady piękna niż wydawałoby się „danie główne”. Wcześniej udostępnione publicznie zostało tylko genialne „Thin Air” i szczerze mówiąc naprawdę czekałem na resztę. Szczególnie utwór „Kingdom”, nie wykonywany od tak dawna. Pomijając publiczność, która zaklaskała tą kompozycję, nowa aranżacja akustyczna okazała się fenomenalna. Nie inaczej z „A Natural Disaster” czy pozostałymi dwiema.

Podsumowując: wydawnictwo polecam naprawdę serdecznie. Szczególnie, że otrzymujemy aż dwa występy, które tak bardzo się różnią. A oba są niezwykle udane. Szkoda tylko, że akustycznie tak krótko… Może kiedyś zapis pełnego koncertu w takiej stylizacji? 😉

Co do designu to niewątpliwie muszę pochwalić okładkę. Z jednej strony niby sztampowa, ale jednak pomysł z gwiazdami sprawił, że niezwykle przyjemnie się na nią patrzy. Trochę gorzej z tym co w środku. Oczywiście sam digibook wygląda naprawdę fajnie, to jednak większość zdjęć to nieciekawe ujęcia z „making-offu”. Za to te zrobione podczas koncertu wyglądają naprawdę świetnie! Szkoda, że nie starczyło materiału by wypełnić nimi całą książeczkę.

Ocena albumu: 4

Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Przód (wydawnictwo w slipcase’ie)
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Bok wydawnictwa
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Prezentacja digibooka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Pierwsze dwie kopertki na płyty.
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Płyta Blu-Ray
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Płyta DVD
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka – około połowa to zdjęcia z przygotowań. Niestety niezbyt ciekawe.
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka – jest też kilka zdjęć z koncertu. Dzięki wszystkim światłom wyglądają o wiele ciekawiej, niż „backstage”. Jest ich niestety mniej, pewnie dlatego, że ciężej je wykonać.
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Kopertki na płyty CD.
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Tył
Barcode / Kod kreskowy 802644851778
Wytwórnia KSCOPE Music
Nr. Katalogowy Kscope517
Wydawnictwo zawiera 44-stronicowy Digibook z wysokiej jakości papierem fotograficznym, z czterema „kopertkami” na płyty przymocowanymi do niego, slipcase, płytę blu-ray, dvd oraz 2 cd.
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanieOcena za wydanie
Reklamy

Ulver – Shadows of the Sun (cd, jewelcase) – 2007

Kolejny zespół, który odkryłem od trochę złej strony – bo od nowości. „Wars of the Roses” miało coś urokliwego w sobie, ale jak się później okazało – jest to tak naprawdę cień po wcześniejszych dokonaniach.  (taka mała aluzyjka do tytułu płyty) 😉 Ulver w końcu nieźle żonglował gatunkami, startując od metalu (co zagwarantowało im recenzje w metalowych zinach czy pismach do dziś, choć od kilkunastu lat w takim stylu nie grali…), ambientując sporo, nie zapominając o elektronice.

„Shadows of the Sun” jest zapisem niecałych 40 minut pięknej, spokojnej, mrocznej, dopracowanej muzyki. Niby to jedno-zdaniowe podsumowanie całości, ale w końcu tak wiele w nim prawdy. Pamiętać należy również, że z krążkiem wcale nie tak łatwo jest się oswoić. Początkowe próby przesłuchania całości spełzają na niczym, a jedyne co w pewnej swojej piosenkowatości (ale pamiętajmy: ambientowej i mrocznej w dalszym ciągu) zostają na dłużej w umyśle to chyba „All the Love” oraz genialny cover „Solitude” (Black Sabbathu). Ten pierwszy utwór to piękne połączenie klawiszy, bardzo oszczędnej, ale idealnie wpasowanej perkusji oraz bliżej nieokreślonego instrumentu dętego, który przewija się gdzieś w pejzażach przez cały album – potęgując wrażenie spójności. „Solitude” to zaś wyolbrzymienie całej melancholii zawartej w Sabathowym utworze. Oparcie go na fundamentach albumu sprawiło, że piosenka stała się niezwykle Ulverowa, a łagodne linie basu połączone z najlepszym momentem wokalu na całej płycie oraz wspomnianą „trąbką” w tle… daje to wszystko niewiarygodny efekt.

Przypominam, że to dopiero pierwsze przesłuchanie! A przez najbliższe kilkadziesiąt „Shadows of the Sun” ma wciąż coś nowego, wcześniej ukrytego do zaoferowania. Szkoda, że nie jest to dzieło bez wad. Największym są chyba dość proste, oczywiste i po prostu niezbyt pasujące teksty, które w niektórych miejscach potrafią skutecznie popsuć klimat. Bo sam głos wokalisty Kristoffera Rygga pasuje idealnie. Ale z takich „rzucających się w ucho” minusów to chyba najważniejszy. Oczywiście album z całego serca polecam na „nocne posiedzenia”.

Została użyta właściwie jedna grafika, która wylądowała na okładce. Reszta to minimalistyczne przedstawienie tekstów na grubym papierze. Wygląda to bardzo fajnie, choć bez rewelacji. Jestem ciekaw wersji limitowanej, ale ona niestety jest raczej poza moim zasięgiem…

Ocena albumu: 4

Ulver - Shadows of the Sun
Okładka
Ulver - Shadows of the Sun
Bok
Ulver - Shadows of the Sun
Środek
Ulver - Shadows of the Sun
Książeczka
Ulver - Shadows of the Sun
Książeczka
Ulver - Shadows of the Sun
Książeczka
Ulver - Shadows of the Sun
Tył
Barcode / Kod kreskowy 803341229617
Wytwórnia Jester Record
Nr. Katalogowy TRICK041
Wydawnictwo zawiera 12-stronicowa książeczka, płytę, jewelcase
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanie

Blackfield – Blackfield IV (cd+dvd, digibook) – 2013

No to doczekałem się. Bo czwarty Blackfield to było coś, za czym naprawdę wyglądałem. W końcu chyba jako jeden z nielicznych zaliczam się do fanów „Welcome to my DNA”, o czym zresztą można się przekonać w tym miejscu. Tym bardziej moja ciekawość była spotęgowana. W jakim kierunku projekt pójdzie tym razem? Szczerze mówiąc to też jakoś okropnie nie przejąłem się informacją, że Steven Wilson weźmie udział w tym albumie bardziej jako gość. Przecież jego rola jako dobrego opiekuna twórczości Geffena powinna wystarczyć, jak już mu się nie chce, to wcale nie musi nic pisać. Chociaż wiem, że to jest pewien cios w całe sedno projektu, a bez udziału „bosonogiego” może być ciężko z chociażby frekwencją na koncertach, czego przykładem może być ostatnia solowa płyta Aviva Geffena z 2009 roku, która nie podbiła chyba niczyjego serca, a występy musiały być reklamowane wielkimi napisami „STEVEN WILSON JAKO GOŚĆ!”. Cała ta otoczka sprawiła, że naprawdę nie wiedziałem co wyjdzie z „Czwórki”. Blisko premiery można już było posłuchać coraz większą ilość tzw. „sampli” czy nawet dwie pełne piosenki, dzięki którym zakrzyknąłem entuzjastycznie na swoim facebooku:

bfivfb

 Teraz bardzo daleko mi od takiej opinii. Dlaczego? Bo czułem się o wiele bardziej, jakbym słuchał połączenia kompletnie solowej płyty Aviva, jakichś dziwnie krótkich miniaturek z gośćmi oraz rzuconych dwóch na krzyż rzeczywiście „Blackfieldowych” piosenek. I na pewno nie jest to coś, na co czekałem. Nie zrozumcie mnie źle – jeżeli przymknąć oko na niczym nieskrępowany śpiew Aviva, który w takiej „czystej” postaci może się podobać głównie masochistom, to piosenek (czy też „pioseneczek”) słucha się całkiem przyjemnie. Ale może po kolei?

Początek jest z pewnością obiecujący. „Pills” to utwór, który garściami czerpie z poprzedniego dorobku projektu, ale też dodaje kilka drobnych, nowych elementów. Przybijająca, kontrastowa, wpadająca w ucho… W sumie cztery osoby na mikrofonie dają też wrażenie przestrzenności (aż przykro, że nie mam teraz dostępu do wersji 5.1.). Nawet zakończenie całkiem przypadło mi do gustu, choć podobne już było w „Zigota” z poprzedniego albumu… Ale okej, dodany efekt wysamplowanego głos niejakiej Alex Moshe jest wystarczająco unikalny.

Kolejny utwór „Springtime” zaczyna się w tak bardzo nudny i nieciekawy sposób, że za każdym razem jak słyszę pierwsze pierwsze 30 sekund, mam ochotę przełączyć dalej. Na szczęście zaraz powoli wchodzą orkiestracje, które w refrenie wraz techniką gry na gitarze typu „slide” tworzą sedno utworu. Po prostu na samym początku trzeba sobie wyobrazić przepiękne zdjęcie użyte jako artwork do tej piosenki. „Springtime” to pierwsza miniaturka, którymi przepełniony jest album. Przez dwie minuty człowiek dopiero zdąży się przyzwyczaić do konceptu, a ten właśnie się kończy i zmienia się w coś kompletnie odrębnego. Tworzy to taki niesamowity chaos na całym krążku, że można się poczuć jak podczas słuchania jakiejś nie do końca dobrze zebranej składanki, aniżeli pełnoprawnego albumu. Utwór jest całkiem okej, ale zanim zauważymy, że w ogóle leci, czas już na kolejną miniaturkę!

Super słodko-piękny, pełny rozmarzenia… ale zaraz, komu wystarczy dwie i pół minuty by się poważnie rozmarzyć? A może to był taki koncept, że w dzisiejszym świecie, nie ma za bardzo czasu na cokolwiek, dlatego te utwory są takie krótkie? Aviv się broni, żeby nie oceniać długości, tylko wartość artystyczną samych utworów, ale jak niby tego nie robić, skoro to tak bije po oczach?! uszach?! Dobrze, dobrze, pioseneczka-miniatureczka w sumie nie zaskakuje niczym, przypomina mi trochę „Dreaming Light” Anathemy, skąd w końcu wziął się gość-wokalista. Tylko z „X-Ray” jest taki problem, że piosenka jest, a potem zaraz jej nie ma, i znów brakuje czasu by się z nią jakoś oswoić…

Coś dłuższego? No w końcu! Tylko, że znowu mamy tutaj okropny początek (wokale Aviva – wszytko jasne). Przynajmniej dalej nie jest źle. Całkiem porządny popowy utwór, który ratuje Wilson w chórkach. Tylko dlaczego mi tutaj tak zalatuje Coldplayem? Czyżby ktoś o czymś zapomniał?

„Firefly” to zaś kawałek, dzięki któremu wiele zawdzięczam. Występuje na nim Brett Ansderson, którego jak najszybciej wygooglowałem by trafić do jego zespołu-matki, czyli Suede. No bo co tu dużo mówić, ale jego głos, to jedna z najlepszych rzeczy na „Blackfield IV”. Mimo, że piosenka jest dość zwykła, a końcówka jakby ukradziona z poprzedniego albumu, to jednak potrafi się całkiem nieźle obronić. Nie, nie będę już wypominać długości, bo to muszę zrobić z…

„The Only Fool is Me”. Kolejna miniatura. Tym razem za mikrofonem stanął Jonathan Donahue. Jako przerywnik w „prawdziwym” albumie jestem pewien, że dawałby radę, ale przerywnik w albumie przerywników… cóż. Nawet nie ma za bardzo co napisać.

„Jupiter” to najmocniejszy punkt na krążku, przyczyna mojej początkowej niezwykłej ekscytacji. Na „pierwszy raz” polecam zapoznać się z teledyskiem, który potęguje wrażenia! Utwór sentymentalny, z pięknymi aranżacjami, sprawdzonym głosem Wilsona, z godnymi chórkami, oraz urzekającym tekstem. Naprawdę trzeba czegoś więcej? W końcu czuć tu Blackfield, a utwór trwa niecałe cztery minuty! Cud!

„Kissed By Devil” to agresywniejszy utwór, z mocniejszymi gitarami, ale też typowym kontrastowaniem między częściami utworu. Chyba jedyna część, gdzie występujące pojedynczo wokale Aviva się bronią (w chórkach oczywiście pomoc od Wilsona). Ale kurczę, to kolejny „OK” utwór, w zasadzie jakoś szczególnie się nie wybijający… Czy ja właśnie zacząłem tęsknić za poprzednimi Blackfieldami, których można było słuchać na okrągło przez cały dzień? Przecież w wywiadzie Aviv mówił, że w procesie twórczym wszystkie „OK” piosenki zostały odrzucone, a zostały tylko najlepsze… Dokładnie takim samym typem piosenki jest „Lost Souls”. Ech.

Zaś „Faking” jest jakby żywcem wyciągnięty z solowego albumu Aviva. To chyba niestety oznacza, że nie jest on tak naprawdę płodnym artystą, a po prostu powtarza to co stworzył na nieco inne sposoby. Znów typowa popowo-rockowa piosenka, i kolejny raz mógłbym powiedzieć co najwyżej „OK”, bo szczególnie nie urzeka w niej nic.

Na koniec liczyliście na killer? Spójrzmy wstecz: końcówki Blackfieldów są wręcz kwintesencją projektu. „Hello”, „End of the World”, „DNA”. A tutaj co dostaliśmy na koniec? Półtora minutową miniaturkę, z jakże ambitnym tekstem (cytuję): „Rain / After the rain / There’s sun”, mająca być niejako zapowiedzią, co czeka nas w przyszłości (a już się boję), w której główną rolę pełni niezbyt odkrywcza elektronika w stylu Drum and bass lub Dubstepu (jak to określił Aviv). Tyle szczęścia, że ja mam jakąś słabość do tego typu dźwięków połączonych z orkiestrą… Co oczywiście nie sprawiło, że zostałem nasycony. A to już koniec. Te 31 minut mija tak szybko, że album zostaje w świadomości niemalże niezauważony.

Bo nie zrozumcie mnie źle – w zasadzie każdy utwór jest chociażby „trochę” ładny, wszystkiego da się słuchać bez większych zgrzytów, jest kilka naprawdę dobrych momentów, ale… Niestety, zawsze jest jakieś ale. Biorąc pod uwagę, że te słowa pisze nieco zdruzgotany fan formacji, który robił sobie nadzieję na kolejną chociażby wybijającą się płytę, a dostał… Znów użyję tego sformułowania: płytę „OK” – myślę, że Blackfield IV wcale nie jest aż tak zły. Ale czy opłaca się go kupować – na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć indywidualnie. Bo jak dla mnie to… mimo wszystko, chyba tak.

Szczególnie, że wydanie to jeden z największych plusów. Za panelem dizajnerskim stanęła znana z wielu innych płyt opisywanych chociażby na moim blogu londyńska firma Aleph Studio, która jak zwykle podołała zadaniu. Spójrzcie zresztą na zdjęcia! Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to chaos, ale on w pewien sposób odwzorowuje to, co znajdziemy na płycie, więc chyba można wybaczyć?

Oprócz samej płyty CD otrzymaliśmy również DVD ze wspominanym już przeze mnie 5.1. – po raz pierwszy w historii Blackfield, ale niestety na chwilę obecną nie mam możliwości posłuchania tej wersji. Gdyby tylko taką zdobędę – zdam relację.

Ocena albumu: 3

Blackfield - Blackfield IV
Prezentacja
Blackfield - Blackfield IV
Bok
Blackfield - Blackfield IV
Pierwsza płyta i początek wydawnictwa
Blackfield - Blackfield IV
Artworki są bardzo ładne…
Blackfield - Blackfield IV
…w końcu za oprawę graficzną odpowiedzialne jest Aleph Studio…
Blackfield - Blackfield IV
…jedyny problem jest taki, że nie są one do końca spójne.
Blackfield - Blackfield IV
Znalazła się nawet rozkładówka.
Blackfield - Blackfield IV
To chyba najbardziej niepasujące do reszty zdjęcie.
Blackfield - Blackfield IV
Autorzy
Blackfield - Blackfield IV
Druga płyta.
Blackfield - Blackfield IV
Tył
Barcode / Kod kreskowy 802644822525
Wytwórnia Kscope Music
Nr. Katalogowy KSCOPE225
Wydawnictwo zawiera 28 stronicowy digibook, 2 płyty
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanieOcena za wydanie

Epica – Design Your Universe (cd, digibook) – 2009

„Design Your Universe” na samym początku już zaskakuje swoim rozmachem jeśli chodzi o produkcję. Nawet nie samo to, że użyto orkiestrę i chóry, bo to w sumie pewien standard, jeśli chodzi o symfoniczny metal. Album Epiki z 2009 ma jednak tak dobrze nagrany i zmiksowany dźwięk, że byłem wręcz porażony z jednej strony donośnością metalicznych elementów, a z drugiej pięknymi symfonicznymi aranżacjami. Poza tym płyta jest niezwykle długa – trwa prawie półtorej godziny. Prawdopodobnie istnieją osoby, które mogą przedrzeć się przez tak długi album metalowy (a tutaj mamy jeszcze zbliżenie perkusji czy mocniejszych riffów do melodycznego deathu), ale ja (nie)stety do takich nie należę, więc odkrycie wszystkiego, co czaiło się na płycie trochę mi zajęło. A nawet powiem, że jest na tyle ponadczasowe, że lubię sobie wrócić do tego krążka co jakiś czas! Zadziwiające jest również to, jak Epice udało się połączyć bardzo rozbudowane kompozycje, a nawet wpleść elementy zbliżone do koncept albumu, używając dość prostych środków wyrazu. Przyczepić się oczywiście można, że w sumie większość materiału nie jest zbytnio odkrywcza, ale to takie szukanie dziury w całym, bo album jest bardzo dobry.

Jeśli chodzi o wydanie, to płyta została zapakowana w bardzo ładny, niewymiarowy digibook. Design jest według mnie bardzo dobry, wszystkie arty idealnie kreują klimat płyty. Jest tylko jedno duże „ale” – w sumie większość stron zajmują beznadziejne kiczowate zdjęcia zespołu.

Posiadacze limitowanej wersji digibook (z nieco przesadzonym nakładem) otrzymali dodatkowo utwór „Incentive”. Sam za bardzo nie wiem po co, jest to najnudniejszy kawałek z całego krążka.

Ocena albumu: 3+

Epica - Design Your Universe
Prezentacja
Epica - Design Your Universe
Bok
Epica - Design Your Universe
Książeczka
Epica - Design Your Universe
Książeczka
Epica - Design Your Universe
Książeczka
Epica - Design Your Universe
Książeczka
Epica - Design Your Universe
Książeczka
Epica - Design Your Universe
Płyta
Epica - Design Your Universe
Tył
Barcode / Kod kreskowy 727361234508
Wytwórnia Nuclear Blast GmbH
Nr. Katalogowy NUCLEAR BLAST 27361 23450
Wydawnictwo zawiera 24-stronicowy, niewymiarowy, gruby digibook z  czarnym trayem na końcu,  płytę CD
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanie

Star One – Victims of the Modern Age (2cd, digibook) – 2010

Nie da się ukryć, że z nowymi tworami Arjena Lucassena mam pewien problem. Pisanie muzyki w klimatach space’owych i prog-rockowych opanował on do perfekcji. Tylko że w tym wszystkim coraz częściej mam wrażenie powtarzalności. I nie chodzi tu już o specyficzny styl holendra, ale wśród jego wszystkich projektów niby koncept jest dość inny, ale porusza się on w dość ograniczonym polu. Niemniej jednak kupiłem „Victims of the Modern Age” jego już dość starego, jedno-płytowego projektu Star One, mając przy tym nadzieję na solidną porcję muzyki.

Oczywiście nie zawiodłem się – całość została bardzo starannie napisana, wyprodukowana, riffy są naprawdę fajne, zaproszeni goście-wokaliści wylewają siódme poty, power metal miesza się z progresywnie długimi utworami i solówkami na klawiszach… Ale ile razy już słyszeliśmy tego typu „dobre” płyty u Arjena? W zasadzie cały czas… Mam coraz większe wrażenie, że Arjen po prostu został rzemieślnikiem – zostając przy tym na bardzo wysokim poziomie. Ale to chyba nie jest do końca to, czego oczekuję. Szczególnie, że najdłuższy utwór (10 minutowy) strasznie się dłuży i nuży.

Płyta została uratowana przez dodatkową płytę, dołączaną do wersji limitowanej (którą posiadam). Między innymi fenomenalnymi „Closer to the Stars” i „As the Crows Dies”, które jakimś cudem zawierają o wiele więcej pasji niż podstawowy album… Po kupnie wracałem głównie do tych utworów.

Za to kwestia wydania jest o wiele prostsza: wszystko genialnie się komponuje! Po raz pierwszy widać, że książeczkę robiła osoba, która rzeczywiście zna się na rzeczy (czytaj: zna się na Photoshopie). Wyszło to naprawdę klimatycznie, szczególnie przypominając sobie arty dołączane do „Ayreonu” czy pierwszej płyty spod szyldu projektu. Kontynuacja współpracy z grafikiem od Guilt Machine to był bardzo dobry pomysł. A spięcie wszystkiego w digibook już tylko dopełniło dzieła.

Ocena albumu: 3

Star One - Victims of the Modern Age Digibook
Prezentacja
Star One - Victims of the Modern Age Digibook
Bok
Star One - Victims of the Modern Age Digibook
Pierwsza płyta
Star One - Victims of the Modern Age Digibook
Książeczka
Star One - Victims of the Modern Age Digibook
Książeczka
Star One - Victims of the Modern Age Digibook
Książeczka
Star One - Victims of the Modern Age Digibook
Rozkładówka
Star One - Victims of the Modern Age Digibook
Książeczka
Star One - Victims of the Modern Age Digibook
Książeczka
Star One - Victims of the Modern Age Digibook
Druga płyta
Star One - Victims of the Modern Age Digibook
Tył
Barcode / Kod kreskowy 5052205044704
Wytwórnia InsideOut Records
Nr. Katalogowy 0504470
Wydawnictwo zawiera 32-stronicowy, gruby digibook z błyszczącym papierem oraz dwoma trayami po bokach, 2 płyty CD
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanieOcena za wydanie

Porcupine Tree – Anesthetize Live in Tilburg (dvd+blu-ray, digibook) – 2010

„Anesthetize” to tytuł najdłuższego utworu (a tak naprawdę to trzech utworów złożonych w jeden) z „Fear of a Blank Planet„, to już powinno dać obraz, co będzie „daniem głównym” ostatniego koncertowego DVD/Blu-Ray Porcupine Tree z prawdziwego zdarzenia. Cały album wykonany w całości, ba, nawet większość okolicznościowej EPki znalazła się na setliście. Zabrakło z niej tylko tytułowego „Nil Recurring”, pewnie dlatego, że nie miał kto zastąpić gościnnie udzielającego się tam Roberta Frippa. Reszta utworów to większość raczej nowych dokonań z „Deadwinga” i „In Absentii”, ale znalazło się też kilka tego, co tygryski lubią najbardziej: staroci. Co ciekawe wszystkie z jednego albumu  – Signify. Oczywiście nie jest to powód do ubolewań, choć miło by usłyszeć coś jeszcze. Ale i tak chyba trzeba być wdzięcznym za to co jest.

Kwestie muzyczne? Cóż, koncert zagrany jest na jak najbardziej poprawnym poziomie. Najbardziej ambiwalentne uczucia wzbudził we mnie gitarzysta sesyjny – John Wesley. Jego głos sprawdza się genialnie jeśli chodzi o chórki czy nawet linijki, które śpiewa zamiast Wilsona. Trochę gorzej według mnie wypadają jego solówki – np. ta w „Anesthetize” jest ewidentnie schrzaniona (pewnie dlatego robił jakie dziwne miny). Zaś jaki Wilson jest – każdy wie. Stara się raczej nie odbiegać od tego, co mamy zaserwowane studyjnie. Choć gdy śpiewa na żywo jego wokal często nie daje rady – szczególnie wtedy gdy musi użyć „agresywnego” tonu. Wychodzi to często dość karykaturalnie. Gavin Harrison wymiata na perkusji – przynajmniej technicznie. Edwin na basie jak zwykle stoi z boku, nie pokazując się za bardzo kamerom, ale gra naprawdę dobrze. Za to Barberi jak zwykle maksymalnie skupiony przed swoimi syntezatorami. Więc jakby to wszystko podsumować – to wyjdzie nam dość standardowy koncert „nowego” Porcupine Tree. Wizualizacje z tej trasy nie przypadły mi jakoś szczególnie do gustu, nie budują one jakiegoś wybitnie magicznego klimatu. Za to dźwięk w 5.1. został rozpisany świetnie, nieco inaczej niż to bywa w przypadku zwykłych LP.

Mimo wszystko koncert niestety nie porwał mnie za bardzo. Może to po części wina tego, że nieco przesłuchał mi się „Fear of a Blank Planet”, ale przecież to nie wszystko co zespół miał do zaoferowania. Niestety, ale troszkę się zawiodłem, szczególnie na koncert wydany z takim „impetem” – 5000 sztuk specjalnej wersji artbook, box z winylami, limitowany digibook…

A co do digibooka – jest to wersja już niedostępna i wyprzedana. Twarda oprawa, wielkość opakowań na DVD robią wrażenie, ale niestety oprócz okładki znalazło się tylko 16 stron książeczki – a zdjęcia nie powalają.

Ocena albumu: 3

Porcupine Tree - Anesthetize
Prezentacja
Porcupine Tree - Anesthetize
Bok
Porcupine Tree - Anesthetize
Pierwsza płyta i tray
Porcupine Tree - Anesthetize
Książeczka
Porcupine Tree - Anesthetize
Książeczka
Porcupine Tree - Anesthetize
Książeczka
Porcupine Tree - Anesthetize
Druga płyta i tray
Porcupine Tree - Anesthetize
Tył
Barcode / Kod kreskowy 802644850672
Wytwórnia Kscope Music
Nr. Katalogowy Kscope506
Wydawnictwo zawiera 16-stronicowy, digibook wielkości DVD, dwoma trayami po bokach, płyty DVD i Blu-Ray
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanie

Porcupine Tree – The Sky Moves Sideways (2cd, digibook, reedycja 2007) – 1995

„The Sky Moves Sideways” to niezwykła płyta.

Wybaczcie, ale inaczej nie dało się zacząć pisać o trzecim albumie studyjnym Porcupine Tree, który od tego właśnie momentu przestaje być projektem muzycznym – a zostaje pełnoprawnym zespołem. Choć Steven Wilson napisał prawie cały materiał (nie licząc improwizowanego „Moonloop” autorstwa całej „drużyny”) to czuć tu sporą zmianę w stosunku do poprzednich nagrań.

Album początkowo miał być jednym, wielkim kawałkiem muzyki. Nie do końca wyszło, choć gdy połączymy dwie części utworu tytułowego wyjdzie około 35 minut. Ale w końcu rozmieszczenie utworów na płycie przypomina to z „Wish You Were Here” Pink Floydów. Muzycznie zaś niezwykle podoba mi się połączenie rocka progresywnego ze space rockiem… a nawet minimalizmem w stylu Steve’a Reicha w pierwszej części „The Sky (…)”. Poza tym chyba nie muszę tłumaczyć nikomu swojej miłości do bardzo długich kompozycji? A na pierwszym dysku znaleźć można jeszcze dwa pełnoprawne, bardzo udane utwory (ale już o normalnej długości: około pięciu minut), a także ambientową miniaturkę.

Ale to jeszcze nie wszystko! Jest to reedycja dwupłytowa, a na dodatkowy dysk wrzucono rzeczy równie ważne co „podstawowy” album! Mówię tu o singlu „Stars Die”, który jest kwintesencją space’owego okresu zespołu / projektu. Dodatkowo wspomniane już 16 minutowa improwizacja (genialna!), zwieńczona pięciominutowym, rozsadzającym umysł zakończeniem. A jako już bonus kompletny otrzymaliśmy 35 minutową wczesną wersję „The Sky Moves Sideways” z okresu, gdy jeszcze cały album miał się zamknąć w jednym utworze. Jest naprawdę bardzo, ale to bardzo bogato!

Digibook też daje radę – podoba mi się oprawa graficzna, w tym chyba najlepsze zdjęcie zespołu jakie kiedykolwiek zostało zrobione. Szkoda, że dostaliśmy tylko 8 stron i to na dość kiepskiej jakości papierze. No i digibook jest chiński, a już jeden z tej serii mi się rozpadł… Trzeba uważać.

Ocena albumu: 4+

Porcupine Tree - The Sky Moves Sideways Digibook
Prezentacja
Porcupine Tree - The Sky Moves Sideways Digibook
Bok
Porcupine Tree - The Sky Moves Sideways Digibook
Pierwszy tray i płyta
Porcupine Tree - The Sky Moves Sideways Digibook
Książeczka
Porcupine Tree - The Sky Moves Sideways Digibook
Książeczka
Porcupine Tree - The Sky Moves Sideways Digibook
Drugi tray i płyta
Porcupine Tree - The Sky Moves Sideways Digibook
Tył
Barcode / Kod kreskowy 802644812427
Wytwórnia Kscope Music
Nr. Katalogowy KSCOPE124
Wydawnictwo zawiera 8-stronicowy digibook z dwoma trayami i dwiema płytami.
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanie