Archiwa tagu: Koncert

[Bilet] Five Years of Kscope: Two Nights at The Garage, 24-25.07.2013 (Anathema, Amplifier i inni)

Oto relacja z dwudniowego minifestiwalu KScope, w ramach którego wystąpiło aż 8 artystów. Zacząłem ją pisać dobre pół roku temu, dziś postaram się dokończyć… Ale chyba sami doskonale wiecie, że PM nie słynie zbytnio z ogólnie rozumianej terminowości. Cena biletów wyniosła 32 funtów (z różnymi opłatami 36). Nie jest źle, szczególnie, że w Polsce za samą Anathemę trzeba wybulić dobre 120 zł.

W pierwszy dzień na miejsce dotarłem półtorej godziny przed planowanym otworzeniem wejścia (jak się okazało: dokładniej to dwugodzinnym). Głównie dlatego, że zapowiedziano upominki dla pierwszych gości. Załapałem się, co widać w poprzednim wpisie. Ale kurczę, dwie godziny nic nie robienia? Tak nie może być. Podszedłem do pobliskiej mapki okolicy i zobaczyłem park – czemu nie, czas trochę pozwiedzać nieznane mi wcześniej rejony Londynu. Dość ciepło, a w parku można się schronić przed atakującym słońcem. Pierwsze zdziwienie, że akurat przechodziłem obok Jonasa Renkse’a z Katatoni i Bruce Soorda z The Pineapple Thief, którzy akurat mięli robione to zdjęcie. Ale nie podchodziłem – po pierwsze nie miałem ich płyty, po drugie, wcale jakoś nie przepadam za tym drugim panem, a i ich kolaboracja „Wisdom of Crowds” to szczyt artyzmu nie jest. Gdy już ich ominąłem zobaczyłem nieco ważniejszą dla mnie postać – Tima Bownessa z no-man, który stał wraz ze swoim zespołem Henry Fool. Zebrałem podpisy a także zamieniłem kilka słów z Timem. Jego język był niezwykle piękny i poetycki. Dowiedziałem się, że na następny dzień spotyka się ze Stevenem Wilsonem by działać w sprawie najnowszego albumu no-man. Niestety rzeczywistość zrewidowała trochę plany, i zamiast nowego efektu współpracy tych dwóch panów, czeka na nas „tylko” lub „aż” solowy krążek sygnowany nazwiskiem Bowness.

Wstępu wystarczy, teraz czas na koncerty!

Na sam początek został rzucony Henry Fool, czyli zespół jazz-rockowy. Grali perfekcyjnie technicznie, niestety tłumu nie porwali – znajomość utworów na sali była zerowa, a dodatkowe oklaski pojawiły się tylko gdy na scenę wszedł Tim Bowness. Ten po raz pierwszy grał na gitarze i zrobił to… dość dziwnie. Bo przez większość czasu nudził się na scenie, a jak już coś grał to było to zwariowane naparzanie. Końcówka tego krótkiego, bo tylko 30 minutowego występu jednak zmiażdżyła energią.

Ale publiczność niemalże od razu zapomniała o zespole, bo na scenę wyszedł „ktoś” od Kscope – nie mam większego pojęcia kto – i zachęcał do kupowania płyt, wychwalał publiczność oraz zapowiedział No Sound (zespół „lodowatego piękna”). I nie pomylił się w tym wypadku wcale, bo koncert przypominał mroźny powiew. Może nie do końca udolny, bo temperatura na sali wzrastała coraz bardziej… Znów tylko krótkie 40 minutowe granie, jak najbardziej udane, nie odbiegające od tego co można usłyszeć na studyjnych albumach. W takiej krótkiej formie nie zdążyło znużyć, a włosi zdążyli się zaprezentować w swojej pełnej okazałości.

Niestety koncerty, na które czekałem najmniej (poza Anathemą) były najbardziej wyczekiwanymi. Ponad godzinę zagrali bowiem Bruce Soord i Jonas Renkse w swym nowym projekcie „Wisdom of Crowd”, który wydawał mi się dość ciekawy, ale występ wcale nie wyszedł dobrze. Proste, niezbyt urzekające Soordowe riffy połączone z trochę zbyt banalną elektroniką, i co prawda sprawdzonym wokalistą, ale który śpiewa niemalże na każdym albumie od dobrych kilku lat w taki sam sposób – proszę wybaczyć, nie porwało mnie to. Ewentualnie mogę uznać, że singiel „Frozen North” zagrali bardzo fajnie. Ale generalnie się zawiodłem – miałem nadzieję, że na żywo zaprezentują się lepiej, bo sam materiał wydawał się dobry do grania live. Jak się jednak okazało: większość publiki i tak była zadowolona.

Na sam koniec pierwszego dnia, z najdłuższym setem, usłyszeć mogliśmy zespół Amplifier. Miałem z nim raczej bardzo średnie wspomnienia – supportowali Anathemę na koncercie w Krakowie. Wynudziłem się wtedy okropnie – grali na jedno kopyto i nijak ich energia do mnie trafić nie chciała. Zapamiętałem tylko, że mięli o wiele lepszą grę świateł niż sam główny wtedy zespół – czyli Anathema.
I chyba przez ten czas czegoś się nauczyli, bo mimo że nie wiązałem z tym występem większych nadziei, to kurczę, było całkiem fajnie! Może trochę za długo i pod koniec już się odczuwało znużenie, ale obiektywnie rzecz ujmując to chyba rzeczywiście był najlepszy występ tego wieczoru. Tym razem trochę udzieliła mi się promenująca od Amplifiera energia, połączona z bardzo fajną (ale nie zniewalającą) oprawą graficzno-wizualną i światłami (jeszcze lepszymi niż ostatnio). Patrząc po reakcjach widowni wydaje mi się, że chyba wszyscy odebrali ten koncert w podobny sposób co ja.

Drugi dzień okazał się jeszcze większą niespodzianką niż poprzedni. Najbardziej oczekiwałem na koncert Mothlite (akurat bardzo dogłębnie obsłuchiwałem krążek „Dark Age”), oraz Anathemy z wiadomych względów.

Ale ze sporym entuzjazmem powitałem pierwszy zespół tego dnia – Leafblade. Przydało mu się, bo znowu, analogicznie do poprzedniego dnia, znajomość zespołu wśród publiczności była zerowa. Niby pomogło mu trochę to, że Danny Cavanagh jest jednym z członków tego projektu, ale miał on problemy techniczne przez cały występ, przez co nie zagrał prawie wcale. A reszta zespołu naprawdę dała czadu! Wyszło piękne, akustyczne show, byłem zaskoczony jak lider grupy, Sean Jude, doskonale radzi sobie z odwzorowaniem klimatu znanego mi wcześniej ze studyjnego albumu, a wręcz go pogłębienie – tym razem występ wygrał z krążkiem! Cóż, widownia nie była zbytnio zainteresowana Leafblade’em, bo cały czas masę ludzi przeszkadzało w odbiorze grupy poprzez rozmowy…

Na scenę zaraz potem wszedł Daniel O’Sullivan oraz Knut Jonas Sellevold, którym zajęło sporo czasu rozłożenie swoich instrumentów i urządzeń, w konsekwencji musieli jeszcze bardziej skrócić setlistę Mothlite – na około 25 minut. I to jest największy grzech, którego nie wybaczę organizatorom. Bo jakim cudem najbardziej ambitna i zaangażowana w swój występ grupa musiała grać najkrócej? Niestety więc odegrane zostało tylko kilka utworów, ale za to jak! Nie dość, że nie były to czyste kopie ze studyjnego krążka, to muzykom udało się stworzyć niezwykłą przestrzeń muzyczną oraz puścić wodze fantazji. Improwizacje, szczególnie perkusyjne (na tym miejscu gościnny muzyk) oraz wokalne O’Sullivana zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Niestety panowie pozostawili po sobie niedosyt, a ja mam nadzieję, że kiedyś uda mi się trafić na „prawdziwy” koncert grupy. Choć jest ona na tyle niszowa, że będzie to bardzo trudne… Miałem też wrażenie, że dla ludzi muzyka jest zbyt trudna lub nieciekawa (jakim cudem – nie wiem), gdyż było strasznie gwarno, mimo niesprzyjających warunków do tego. Nie zauważyłem też zbytniego entuzjazmu wśród crowdu*, przez co trochę straciłem wiarę w ludzkość.

Następną grupą, która miała nas uraczyć swym graniem było North Atlantic Oscillation. Nie było to moje pierwsze spotkanie z grupą, przesłuchałem kilka ich albumów studyjnych, szczególnie, że kiedyś zostali poleceni przez Stevena Wilsona. Ale nie podzielam jakiegokolwiek entuzjazmu związanego z NAO. Bez problemu mogę zakwalifikować ten około godzinny występ (wciąż jeszcze płaczę nad super-skróconym Mothlite…) jako najmniej udany z całego wydarzenia. Obyło się bez niespodzianek: zagrali nudno i przewidywalnie. Choć we wręcz perfekcyjny sposób, to nie zmienia to faktu, że ledwo co pamiętam, że ich widziałem na żywo. Nie świadczy to zbyt dobrze, prawda? Generalnie twórczość zespołu – wystylizowanego trochę na nerdów – można bez większej straty ominąć dosyć sporawym łukiem.

Co ciekawe publiczność nie wydała się zbyt zachwycona (choć szczerze mówiąc to nie powinienem się na nią zbyt powoływać…), ale to pewnie tylko kwestia wyczekiwania na główną gwiazdę całego wydarzenia. Anathemę już kiedyś odwiedziłem podczas występu w Krakowie i wiedziałem czego się spodziewać: energicznego, dobrego grania. Jako spory fan formacji wyczekiwałem więc końca wieczoru, jak zresztą każdy na sali. Niestety okazało się, że tego dnia nie zostałem uraczony oryginalnym i prawdziwym składem zespołu: Daniel Cardoso, który zazwyczaj stoi za klawiszami – tym razem zasiadł za perkusją, przez co byliśmy pozbawieni dosyć ważnej części muzyki. Co prawda – w miarę możliwości – ratował sytuację Vincent, ale to jednak nie to samo, bo on przecież musiał dzierżyć przez większość czasu w rękach gitarę. Poza tym zabrakło jednego z braci Cavanaghów – basisty Jamie’ego, który został zastąpiony bliżej mi nieznaną osobą. W takim osłabionym składzie dało się wyczuć, że nie jest to typowy i prawdziwy występ grupy. Choć panowie starali się jak mogli, było słychać, że nie są w najlepszej formie. Ponad godzinny, nieco skrócony set, zawierał głównie utwory z dwóch ostatnich krążków studyjnych. Druzgocące okazało się to, że otrzymaliśmy tylko po jednej (!) kompozycji z „Judgement” i „A Natural Distaster”. No ale jaka Anathema jest – każdy widzi. Nie da się ukryć, że dobrze było ich zobaczyć na nowo. Szkoda tylko, że później mocno skontrastował mi się występ z tym, co można było zobaczyć na ostatnim audiowizualnym wydawnictwie

Jak widzicie ogólnie moje wrażenia są bardzo ambiwalentne. Niemniej jednak nie żałuję kompletnie – kilka występów było naprawdę ciekawych, resztę można było przełknąć bez strasznych zgrzytów. Poza tym w sklepiku dostępne były płyty w niższej cenie niż detaliczna, sporo było też gadżetów. Dodatkowo załapałem się na zestaw upominkowy, który już dosyć dawno przedstawiłem na łamach PM.

* Crowd – dosłowne tłumaczenie to mniej-więcej „ekipa”, ale tak się określa też ogół ludzi uczestniczących w koncercie. Tak wiem, beznadziejny wrzut angielskiego wyrazu do polskiego teksu 😉

Kscope Night at The Garage Bilet

Organizator Kscope. Klub „The Garage”
Cena biletu 32 funty brytyjskie (karnet dwudniowy) + opłaty rezerwacyjne (około 4 funtów)

Anathema – Universal („Fan’s Edition”, blu-ray+dvd+2cd, dvd-digibook) – 2013

Wcześniej nie recenzowałem ani jednego z trzech koncertów, które już Anathema ma w swoim dorobku wydawniczym. Dlaczego? Nie byłem pewny czy jest sens je kupować. Pierwszy z ’96 roku to jeszcze mocno żeliwny kawał metalu, coś o czym zespół niemalże zapomniał. Dwa następne „Were you there?” i „A Moment in Time” były dość niedopracowane, przy tym nieźle się powtarzały. Przez to pewne ikoniczne utwory grupy nigdy nie miały prawowitego nagrania wizualnego. Po wydaniu dwóch ostatnich albumów odrodziły się nadzieje na zapis koncertu, gdyż panowie (i jedna pani) 😉 występowali niezwykle często na scenach świata, a ich umiejętności grania, śpiewania i ogólnego „performowania” stale się podwyższały. To był bez wątpienia dobry okres na nową „koncertówkę”.

KScope nie pożałowało grosza i zapewniła spory rozmach temu wydarzeniu. Antyczny, rzymski teatr wypełniony bułgarskimi fanami po brzegi, orkiestra, dynamiczne światła oraz Lasse Hoile jako reżyser. Nie mogło się nie udać, nie? Mając taką nadzieję, bardzo długo przed ostateczną premierą „Universal”, przełączyłem się w tryb oczekiwania…

TAK! Udało się! W końcu mamy naprawdę dobrą płytę koncertową od Anathemy! Wszystko tu gra jak należy. Najoczywistszą rzeczą, z której już sobie zdawałem sprawę odwiedzając zespół na koncertach, jest głos Vincenta, który ewoluował w taki sposób, że teraz jest niemalże perfekcyjny (w sumie to samo można powiedzieć o Lee Douglas). Czasem wręcz ciężko uwierzyć, że ten człowiek ma przez te bite dwie godziny siłę dalej wyciągać w taki sposób 😉 Wokale ożywiły niektóre już wysłuchane przeze mnie na wszystkie strony piosenki. Chociażby „A Simple Mistake”, „Flying”, „Dreaming Light” czy „A Natural Disaster”. Ale nie tylko to. Wydaje mi się, że członkowie zespołu po prostu bardziej się zaangażowali i przekazali jeszcze więcej emocji niż na innych, mniejszych koncertach. Obecność orkiestry symfonicznej z pewnością dodaje pewnej rangi całemu wydarzeniu, ale nie jest aż tak zauważalna i potencjał jest nie do końca wykorzystany. Oczywiście wszystkie aranżacje są w porządku, ale pamiętajmy, że ostatnie albumy studyjne też zawierały sekcje orkiestralne. Przez to dźwięki tworzone przez Plodiv Philharmonic Orchestra są zbyt oczywiste, bo już w końcu wcześniej znane.

Mimo, że piosenki w jakiś zauważalny sposób nie zmieniły się od tego, co znane jest studyjnie, to jednak z większości z nich zespół potrafił wydobyć świeżość. Musi to brzmieć jeszcze świetniej dla „niedzielnych” fanów formacji, którzy nie są obeznani tak z materiałem. Nawet do technicznych zagadnień muzycznych nie mam nic do zarzucenia. To znaczy prawie: brak dźwięku 5.1. Ale tym razem odpuszczam, bo nawet nie miałbym jak go przetestować w obecnych warunkach.

Lasse Hoile ma lepsze i gorsze momenty jako reżyser czy „artworkrzysta”, tutaj jednak spisał się naprawdę porządnie. Oglądanie nie męczy, a nieudanie zapisane sceny można policzyć na palcach jednej ręki. A jest też kilka fenomenalnych, z wykorzystaniem bogatego, zmiennego oświetlenia. Dodaje to pewnego mistycznego klimatu, którym zresztą występ jest przepełniony.

Ale ten bardzo udany występ to nie wszystko, co zawiera wydawnictwo. Bo jako bonus dorzucono wykonanie pięciu utworów w wersji akustycznej z Londynu. Kameralny, skromny koncert, z udziałem tylko trzech osób z zespołu, okazuje się zawierać jeszcze większe pokłady piękna niż wydawałoby się „danie główne”. Wcześniej udostępnione publicznie zostało tylko genialne „Thin Air” i szczerze mówiąc naprawdę czekałem na resztę. Szczególnie utwór „Kingdom”, nie wykonywany od tak dawna. Pomijając publiczność, która zaklaskała tą kompozycję, nowa aranżacja akustyczna okazała się fenomenalna. Nie inaczej z „A Natural Disaster” czy pozostałymi dwiema.

Podsumowując: wydawnictwo polecam naprawdę serdecznie. Szczególnie, że otrzymujemy aż dwa występy, które tak bardzo się różnią. A oba są niezwykle udane. Szkoda tylko, że akustycznie tak krótko… Może kiedyś zapis pełnego koncertu w takiej stylizacji? 😉

Co do designu to niewątpliwie muszę pochwalić okładkę. Z jednej strony niby sztampowa, ale jednak pomysł z gwiazdami sprawił, że niezwykle przyjemnie się na nią patrzy. Trochę gorzej z tym co w środku. Oczywiście sam digibook wygląda naprawdę fajnie, to jednak większość zdjęć to nieciekawe ujęcia z „making-offu”. Za to te zrobione podczas koncertu wyglądają naprawdę świetnie! Szkoda, że nie starczyło materiału by wypełnić nimi całą książeczkę.

Ocena albumu: 4

Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Przód (wydawnictwo w slipcase’ie)
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Bok wydawnictwa
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Prezentacja digibooka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Pierwsze dwie kopertki na płyty.
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Płyta Blu-Ray
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Płyta DVD
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka – około połowa to zdjęcia z przygotowań. Niestety niezbyt ciekawe.
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka – jest też kilka zdjęć z koncertu. Dzięki wszystkim światłom wyglądają o wiele ciekawiej, niż „backstage”. Jest ich niestety mniej, pewnie dlatego, że ciężej je wykonać.
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Kopertki na płyty CD.
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Tył
Barcode / Kod kreskowy 802644851778
Wytwórnia KSCOPE Music
Nr. Katalogowy Kscope517
Wydawnictwo zawiera 44-stronicowy Digibook z wysokiej jakości papierem fotograficznym, z czterema „kopertkami” na płyty przymocowanymi do niego, slipcase, płytę blu-ray, dvd oraz 2 cd.
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanieOcena za wydanie

[Bilet] Steven Wilson – Kraków, Hala Wisły, 21.10.2011

Koncerty, koncerty, koncerty! Co prawda nie byłem póki co na zbyt wielu, ale tendencja obraca się w dobrą stronę. Z tej okazji rozpoczynam nowy dział: bilety z koncertów, oczywiście okraszone krótkim tekstem na temat wydarzenia.

Żeby podział sił w kosmosie został zachowany, zacznę od opisu pierwszego koncertu solowego (no, prawie – gdy zobaczyli popularność, z jaką sprzedają się „krakowskie” bilety, dzień wcześniej dołożyli Poznań) Stevena Wilsona, jaki w ogóle miał miejsce.

Oczywiście nie występował on sam, ale wraz ze swoją drużyną, która okazała się bardzo dobrze zgrana. Szczególnie wybijali się Nick Beggs, który wczuł się w show aż za bardzo (chodziły plotki, że występ zmieni nazwę ze „An Evening with Steven Wilson” na „Nick Beggs Show”), odpowiedzialny za (często dość dziwne!) instrumenty basowe, a także Marco Minnemanna, który swoją energią wspomógł koncert, grając na perkusji. Jeśli chodzi o ekipę, to przyczepić bym mógł się tylko do Aziza Ibrahima, który grał na gitarze – jego solówki to było nic specjalnego, żeby nie powiedzieć, że były po prostu kiepskie.

Po dotarciu na miejsce siedzące, za które należało dopłacić 30 zł, zorientowałem się, że właśnie wyrzuciłem te pieniądze w błoto. Dodatkowo z politowaniem patrzyłem na kilka osób, które z biletami VIP miały miejsca jeszcze gorsze od nas. Prawda była taka, że najlepiej było po prostu stać na płycie. No ale przynajmniej mam zaliczone dość unikatowe wrażenie „obserwowania” wydarzenia z pewnego dystansu.

A sam początek był bardzo klimatyczny. Przygaszone światła plus mroczne wizualizacje Lasse Hoilego na samym początku. Co prawda do rozpoczęcia samego koncertu trzeba było poczekać z dobrą godzinę, ale ten czas zawsze można było poświęcić na słuchanie różnych panów, którzy się sprzeczali, która płyta jest dobra, a który zespół już się sprzedał.

Pojedynczych wykonów chyba nie ma co opisywać, dlatego wystarczy, że zapiszę, co tak naprawdę utkwiło w mojej głowie.

Choć „Raider II” w wersji studyjnej mnie osobiście nie powalił to zrewanżował się właśnie na tym koncercie. Rozbudowany, donośny dźwięk to według mnie to, czego brakowało temu utworowi. Wychodzi więc na to, że jeśli ktoś chce doświadczyć go w całości, musi się udać na występ Wilsona i spółki. Początkowy „No Twilight Within the Courts of the Sun” zwalał z nóg, ale to w sumie nie było takie trudne, gdyż ten z „Insurgentes” robi to samo. Niezwykle ciekawie wyszło również „Veneno Para Las Hadas”, które było jakby powolną ostoją w środku szybkiego progresywnego grania. Jeśli chodzi o stronę wizualną to chyba najlepiej wypadła gra świateł i półprzeźroczystej zasłony wraz z wizualizacjami w utworze „Index”.

Jako ciekawostkę można dodać, że chóry oraz efekty, które musiały zostać puszczone z taśmy (bo były po prostu nie do odegrania na miejscu) poszły z dodatkowych głośników, ustawionych z tyłu sali, co dało naprawdę niezłe wrażenie przestrzenności, w nie tak wielkiej przecież Hali Wisły.

Podsumowując: Wilsona zobaczyć naprawdę warto. Spora ilość wrażeń do zapamiętania gwarantowana.

No Twilight Within the Courts of the Sun
Index
Deform to Form a Star
Sectarian
Postcard
Remainder the Black Dog
Harmony Korine
Abandoner
Like Dust I Have Cleared From My Eye
No Part of Me
Veneno Para Las Hadas
Raider II

Get All You Deserve

An Evening with Steven Wilson
Przód biletu
An Evening with Steven Wilson
Tył biletu
Organizator Rock-Serwis
Cena biletu 140 zł (miejsca siedzące)
Support

Dream Evil – Gold Medal in Metal (2cd+dvd, digipak) – 2008

Nie jestem pewien czy jest się czym chwalić, ale „Gold Medal in Metal” był moim pierwszym zakupionym koncertem. No ale trudno, każdy miał jakieś początki. Dość zabawnie wyglądało zamówienie wydawnictwa. Otóż najlepszą cenę znalazłem na stronie „Klub dla ciebie” (dziś zastąpione Weltbildem). A był to sklep targetowany na osoby może trochę starsze, kobiety… co było widoczne chociażby podczas „dodatków” do zamówienia. Całkiem gratis dostałem parasolkę i kubek termiczny. Sami widzicie jakie to szatańsko metalowe przedmioty (chociaż kubek termiczny… to chyba jakiś metal?). Później przez jakiś rok przychodził mi co miesiąc katalog sklepu, który oddawałem babci, ku jej uciesze, do przejrzenia. No ale dobra, do rzeczy.

„Gold Medal in Metal” to z jednej strony zapis koncertu, a z drugiej swoista kompilacja. Dlatego mamy tu trzy płyty, podzielone na medalowe kolory. Na „brązowym” dysku znalazła się kolekcja najróżniejszych b-side’ów i dziwnych utworów. Niektórych nie da się słuchać, niektóre są raczej zabawne, a część naprawdę daje radę. „Srebrny” i „złoty” to już niestety lekka kalka – na obu znajduje się zapis koncertu, odpowiednio na CD i DVD. Jest to gig równie dziwny co karykaturalna otoczka Dream Evila, przez co ciężko go opisać… Może zacznę od pozytywów. Po pierwsze: Niklas na wokalu naprawdę daje czadu! Tak wyćwiczony, donośny i w końcu wpasowujący się w charakter granej muzyki to naprawdę wielka zaleta zespołu, a na żywo brzmi równie świetnie. Również panowie na gitarach nieźle dają radę, nie odbiegając jednak za bardzo od tego, co słyszymy na studyjnych albumach. Tak naprawdę muszę ponarzekać na otoczkę pozamuzyczną. Z jakichś dziwnych względów na gotowe audio zostały dopisane całkowicie sztuczne dźwięki. Na przykład entuzjazmu tłumu. Może nie aż tak jak tutaj, ale ten teledysk pewnie robiła ta sama osoba… Tak samo jest z dźwiękami np. komputerowo zmienionych chórków. Brzmi to strasznie sztucznie. A co do samego obrazu – gig wygląda na niskobudżetowy, jakby dopiero co zaczynającego karierę zespołu. Z braku laku reżyser ciągle pokazuje pierwszy rząd, który skacze i wariuje… bo to jedyny. Dlatego przez cały czas w zasadzie widzimy te same twarze nastoletnich metalowców. Gdy „przez przypadek” kamera zjedzie na dalsze rzędy – stagnacja i smutek. Prawdopodobnie tak wyglądają koncerty Dream Evil w rzeczywistości… To pokazuje, że porwać tłumów niestety nie potrafią. Nie mniej jednak te kilka osób z pierwszego rzędu ma niezłą pamiątkę 😉 Poza tym na DVD znalazły się jeszcze wywiady (zieew) i teledyski. Dwa z nich to „podkolorowane” koncerty, więc można je bez problemu ominąć. „Fire! Battle! In Metal!”… sam się dziwię, ale zrealizowany jest naprawdę nieźle. Nawet Dream Evilowski kicz jest do przełknięcia. Odwrotnie jest w ostatnim tworze, „The Book of Heavy Metal”. Błagam, nie oglądajcie tego.

Wydawnictwo wydane w postawnym digipaku wielkości opakowań płyt na DVD z przewidywalną dla zespołu szatą graficzną. Nic specjalnego, ale dzięki gabarytom wygląda całkiem fajnie.

Ocena albumu: 3

Dream Evil - Gold Medal in Metal
Prezentacja
Dream Evil - Gold Medal in Metal
Po otworzeniu…
Dream Evil - Gold Medal in Metal
Środek
Dream Evil - Gold Medal in Metal
Bok
Dream Evil - Gold Medal in Metal
Książeczka
Dream Evil - Gold Medal in Metal
Książeczka
Dream Evil - Gold Medal in Metal
Książeczka
Dream Evil - Gold Medal in Metal
Książeczka
Dream Evil - Gold Medal in Metal
Tył
Barcode / Kod kreskowy 5051099766679
Wytwórnia Century Media Records Ltd.
Nr. Katalogowy 9976667
Wydawnictwo zawiera Trzypłatowy digipak wielkości DVD, 16-stronicową książeczkę, 2 płyty CD i jedną DVD
Ocena

Ocena za wydanieOcena za wydanie