Archiwa tagu: Live

[Bilet] Five Years of Kscope: Two Nights at The Garage, 24-25.07.2013 (Anathema, Amplifier i inni)

Oto relacja z dwudniowego minifestiwalu KScope, w ramach którego wystąpiło aż 8 artystów. Zacząłem ją pisać dobre pół roku temu, dziś postaram się dokończyć… Ale chyba sami doskonale wiecie, że PM nie słynie zbytnio z ogólnie rozumianej terminowości. Cena biletów wyniosła 32 funtów (z różnymi opłatami 36). Nie jest źle, szczególnie, że w Polsce za samą Anathemę trzeba wybulić dobre 120 zł.

W pierwszy dzień na miejsce dotarłem półtorej godziny przed planowanym otworzeniem wejścia (jak się okazało: dokładniej to dwugodzinnym). Głównie dlatego, że zapowiedziano upominki dla pierwszych gości. Załapałem się, co widać w poprzednim wpisie. Ale kurczę, dwie godziny nic nie robienia? Tak nie może być. Podszedłem do pobliskiej mapki okolicy i zobaczyłem park – czemu nie, czas trochę pozwiedzać nieznane mi wcześniej rejony Londynu. Dość ciepło, a w parku można się schronić przed atakującym słońcem. Pierwsze zdziwienie, że akurat przechodziłem obok Jonasa Renkse’a z Katatoni i Bruce Soorda z The Pineapple Thief, którzy akurat mięli robione to zdjęcie. Ale nie podchodziłem – po pierwsze nie miałem ich płyty, po drugie, wcale jakoś nie przepadam za tym drugim panem, a i ich kolaboracja „Wisdom of Crowds” to szczyt artyzmu nie jest. Gdy już ich ominąłem zobaczyłem nieco ważniejszą dla mnie postać – Tima Bownessa z no-man, który stał wraz ze swoim zespołem Henry Fool. Zebrałem podpisy a także zamieniłem kilka słów z Timem. Jego język był niezwykle piękny i poetycki. Dowiedziałem się, że na następny dzień spotyka się ze Stevenem Wilsonem by działać w sprawie najnowszego albumu no-man. Niestety rzeczywistość zrewidowała trochę plany, i zamiast nowego efektu współpracy tych dwóch panów, czeka na nas „tylko” lub „aż” solowy krążek sygnowany nazwiskiem Bowness.

Wstępu wystarczy, teraz czas na koncerty!

Na sam początek został rzucony Henry Fool, czyli zespół jazz-rockowy. Grali perfekcyjnie technicznie, niestety tłumu nie porwali – znajomość utworów na sali była zerowa, a dodatkowe oklaski pojawiły się tylko gdy na scenę wszedł Tim Bowness. Ten po raz pierwszy grał na gitarze i zrobił to… dość dziwnie. Bo przez większość czasu nudził się na scenie, a jak już coś grał to było to zwariowane naparzanie. Końcówka tego krótkiego, bo tylko 30 minutowego występu jednak zmiażdżyła energią.

Ale publiczność niemalże od razu zapomniała o zespole, bo na scenę wyszedł „ktoś” od Kscope – nie mam większego pojęcia kto – i zachęcał do kupowania płyt, wychwalał publiczność oraz zapowiedział No Sound (zespół „lodowatego piękna”). I nie pomylił się w tym wypadku wcale, bo koncert przypominał mroźny powiew. Może nie do końca udolny, bo temperatura na sali wzrastała coraz bardziej… Znów tylko krótkie 40 minutowe granie, jak najbardziej udane, nie odbiegające od tego co można usłyszeć na studyjnych albumach. W takiej krótkiej formie nie zdążyło znużyć, a włosi zdążyli się zaprezentować w swojej pełnej okazałości.

Niestety koncerty, na które czekałem najmniej (poza Anathemą) były najbardziej wyczekiwanymi. Ponad godzinę zagrali bowiem Bruce Soord i Jonas Renkse w swym nowym projekcie „Wisdom of Crowd”, który wydawał mi się dość ciekawy, ale występ wcale nie wyszedł dobrze. Proste, niezbyt urzekające Soordowe riffy połączone z trochę zbyt banalną elektroniką, i co prawda sprawdzonym wokalistą, ale który śpiewa niemalże na każdym albumie od dobrych kilku lat w taki sam sposób – proszę wybaczyć, nie porwało mnie to. Ewentualnie mogę uznać, że singiel „Frozen North” zagrali bardzo fajnie. Ale generalnie się zawiodłem – miałem nadzieję, że na żywo zaprezentują się lepiej, bo sam materiał wydawał się dobry do grania live. Jak się jednak okazało: większość publiki i tak była zadowolona.

Na sam koniec pierwszego dnia, z najdłuższym setem, usłyszeć mogliśmy zespół Amplifier. Miałem z nim raczej bardzo średnie wspomnienia – supportowali Anathemę na koncercie w Krakowie. Wynudziłem się wtedy okropnie – grali na jedno kopyto i nijak ich energia do mnie trafić nie chciała. Zapamiętałem tylko, że mięli o wiele lepszą grę świateł niż sam główny wtedy zespół – czyli Anathema.
I chyba przez ten czas czegoś się nauczyli, bo mimo że nie wiązałem z tym występem większych nadziei, to kurczę, było całkiem fajnie! Może trochę za długo i pod koniec już się odczuwało znużenie, ale obiektywnie rzecz ujmując to chyba rzeczywiście był najlepszy występ tego wieczoru. Tym razem trochę udzieliła mi się promenująca od Amplifiera energia, połączona z bardzo fajną (ale nie zniewalającą) oprawą graficzno-wizualną i światłami (jeszcze lepszymi niż ostatnio). Patrząc po reakcjach widowni wydaje mi się, że chyba wszyscy odebrali ten koncert w podobny sposób co ja.

Drugi dzień okazał się jeszcze większą niespodzianką niż poprzedni. Najbardziej oczekiwałem na koncert Mothlite (akurat bardzo dogłębnie obsłuchiwałem krążek „Dark Age”), oraz Anathemy z wiadomych względów.

Ale ze sporym entuzjazmem powitałem pierwszy zespół tego dnia – Leafblade. Przydało mu się, bo znowu, analogicznie do poprzedniego dnia, znajomość zespołu wśród publiczności była zerowa. Niby pomogło mu trochę to, że Danny Cavanagh jest jednym z członków tego projektu, ale miał on problemy techniczne przez cały występ, przez co nie zagrał prawie wcale. A reszta zespołu naprawdę dała czadu! Wyszło piękne, akustyczne show, byłem zaskoczony jak lider grupy, Sean Jude, doskonale radzi sobie z odwzorowaniem klimatu znanego mi wcześniej ze studyjnego albumu, a wręcz go pogłębienie – tym razem występ wygrał z krążkiem! Cóż, widownia nie była zbytnio zainteresowana Leafblade’em, bo cały czas masę ludzi przeszkadzało w odbiorze grupy poprzez rozmowy…

Na scenę zaraz potem wszedł Daniel O’Sullivan oraz Knut Jonas Sellevold, którym zajęło sporo czasu rozłożenie swoich instrumentów i urządzeń, w konsekwencji musieli jeszcze bardziej skrócić setlistę Mothlite – na około 25 minut. I to jest największy grzech, którego nie wybaczę organizatorom. Bo jakim cudem najbardziej ambitna i zaangażowana w swój występ grupa musiała grać najkrócej? Niestety więc odegrane zostało tylko kilka utworów, ale za to jak! Nie dość, że nie były to czyste kopie ze studyjnego krążka, to muzykom udało się stworzyć niezwykłą przestrzeń muzyczną oraz puścić wodze fantazji. Improwizacje, szczególnie perkusyjne (na tym miejscu gościnny muzyk) oraz wokalne O’Sullivana zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Niestety panowie pozostawili po sobie niedosyt, a ja mam nadzieję, że kiedyś uda mi się trafić na „prawdziwy” koncert grupy. Choć jest ona na tyle niszowa, że będzie to bardzo trudne… Miałem też wrażenie, że dla ludzi muzyka jest zbyt trudna lub nieciekawa (jakim cudem – nie wiem), gdyż było strasznie gwarno, mimo niesprzyjających warunków do tego. Nie zauważyłem też zbytniego entuzjazmu wśród crowdu*, przez co trochę straciłem wiarę w ludzkość.

Następną grupą, która miała nas uraczyć swym graniem było North Atlantic Oscillation. Nie było to moje pierwsze spotkanie z grupą, przesłuchałem kilka ich albumów studyjnych, szczególnie, że kiedyś zostali poleceni przez Stevena Wilsona. Ale nie podzielam jakiegokolwiek entuzjazmu związanego z NAO. Bez problemu mogę zakwalifikować ten około godzinny występ (wciąż jeszcze płaczę nad super-skróconym Mothlite…) jako najmniej udany z całego wydarzenia. Obyło się bez niespodzianek: zagrali nudno i przewidywalnie. Choć we wręcz perfekcyjny sposób, to nie zmienia to faktu, że ledwo co pamiętam, że ich widziałem na żywo. Nie świadczy to zbyt dobrze, prawda? Generalnie twórczość zespołu – wystylizowanego trochę na nerdów – można bez większej straty ominąć dosyć sporawym łukiem.

Co ciekawe publiczność nie wydała się zbyt zachwycona (choć szczerze mówiąc to nie powinienem się na nią zbyt powoływać…), ale to pewnie tylko kwestia wyczekiwania na główną gwiazdę całego wydarzenia. Anathemę już kiedyś odwiedziłem podczas występu w Krakowie i wiedziałem czego się spodziewać: energicznego, dobrego grania. Jako spory fan formacji wyczekiwałem więc końca wieczoru, jak zresztą każdy na sali. Niestety okazało się, że tego dnia nie zostałem uraczony oryginalnym i prawdziwym składem zespołu: Daniel Cardoso, który zazwyczaj stoi za klawiszami – tym razem zasiadł za perkusją, przez co byliśmy pozbawieni dosyć ważnej części muzyki. Co prawda – w miarę możliwości – ratował sytuację Vincent, ale to jednak nie to samo, bo on przecież musiał dzierżyć przez większość czasu w rękach gitarę. Poza tym zabrakło jednego z braci Cavanaghów – basisty Jamie’ego, który został zastąpiony bliżej mi nieznaną osobą. W takim osłabionym składzie dało się wyczuć, że nie jest to typowy i prawdziwy występ grupy. Choć panowie starali się jak mogli, było słychać, że nie są w najlepszej formie. Ponad godzinny, nieco skrócony set, zawierał głównie utwory z dwóch ostatnich krążków studyjnych. Druzgocące okazało się to, że otrzymaliśmy tylko po jednej (!) kompozycji z „Judgement” i „A Natural Distaster”. No ale jaka Anathema jest – każdy widzi. Nie da się ukryć, że dobrze było ich zobaczyć na nowo. Szkoda tylko, że później mocno skontrastował mi się występ z tym, co można było zobaczyć na ostatnim audiowizualnym wydawnictwie

Jak widzicie ogólnie moje wrażenia są bardzo ambiwalentne. Niemniej jednak nie żałuję kompletnie – kilka występów było naprawdę ciekawych, resztę można było przełknąć bez strasznych zgrzytów. Poza tym w sklepiku dostępne były płyty w niższej cenie niż detaliczna, sporo było też gadżetów. Dodatkowo załapałem się na zestaw upominkowy, który już dosyć dawno przedstawiłem na łamach PM.

* Crowd – dosłowne tłumaczenie to mniej-więcej „ekipa”, ale tak się określa też ogół ludzi uczestniczących w koncercie. Tak wiem, beznadziejny wrzut angielskiego wyrazu do polskiego teksu 😉

Kscope Night at The Garage Bilet

Organizator Kscope. Klub „The Garage”
Cena biletu 32 funty brytyjskie (karnet dwudniowy) + opłaty rezerwacyjne (około 4 funtów)
Reklamy

Anathema – Universal („Fan’s Edition”, blu-ray+dvd+2cd, dvd-digibook) – 2013

Wcześniej nie recenzowałem ani jednego z trzech koncertów, które już Anathema ma w swoim dorobku wydawniczym. Dlaczego? Nie byłem pewny czy jest sens je kupować. Pierwszy z ’96 roku to jeszcze mocno żeliwny kawał metalu, coś o czym zespół niemalże zapomniał. Dwa następne „Were you there?” i „A Moment in Time” były dość niedopracowane, przy tym nieźle się powtarzały. Przez to pewne ikoniczne utwory grupy nigdy nie miały prawowitego nagrania wizualnego. Po wydaniu dwóch ostatnich albumów odrodziły się nadzieje na zapis koncertu, gdyż panowie (i jedna pani) 😉 występowali niezwykle często na scenach świata, a ich umiejętności grania, śpiewania i ogólnego „performowania” stale się podwyższały. To był bez wątpienia dobry okres na nową „koncertówkę”.

KScope nie pożałowało grosza i zapewniła spory rozmach temu wydarzeniu. Antyczny, rzymski teatr wypełniony bułgarskimi fanami po brzegi, orkiestra, dynamiczne światła oraz Lasse Hoile jako reżyser. Nie mogło się nie udać, nie? Mając taką nadzieję, bardzo długo przed ostateczną premierą „Universal”, przełączyłem się w tryb oczekiwania…

TAK! Udało się! W końcu mamy naprawdę dobrą płytę koncertową od Anathemy! Wszystko tu gra jak należy. Najoczywistszą rzeczą, z której już sobie zdawałem sprawę odwiedzając zespół na koncertach, jest głos Vincenta, który ewoluował w taki sposób, że teraz jest niemalże perfekcyjny (w sumie to samo można powiedzieć o Lee Douglas). Czasem wręcz ciężko uwierzyć, że ten człowiek ma przez te bite dwie godziny siłę dalej wyciągać w taki sposób 😉 Wokale ożywiły niektóre już wysłuchane przeze mnie na wszystkie strony piosenki. Chociażby „A Simple Mistake”, „Flying”, „Dreaming Light” czy „A Natural Disaster”. Ale nie tylko to. Wydaje mi się, że członkowie zespołu po prostu bardziej się zaangażowali i przekazali jeszcze więcej emocji niż na innych, mniejszych koncertach. Obecność orkiestry symfonicznej z pewnością dodaje pewnej rangi całemu wydarzeniu, ale nie jest aż tak zauważalna i potencjał jest nie do końca wykorzystany. Oczywiście wszystkie aranżacje są w porządku, ale pamiętajmy, że ostatnie albumy studyjne też zawierały sekcje orkiestralne. Przez to dźwięki tworzone przez Plodiv Philharmonic Orchestra są zbyt oczywiste, bo już w końcu wcześniej znane.

Mimo, że piosenki w jakiś zauważalny sposób nie zmieniły się od tego, co znane jest studyjnie, to jednak z większości z nich zespół potrafił wydobyć świeżość. Musi to brzmieć jeszcze świetniej dla „niedzielnych” fanów formacji, którzy nie są obeznani tak z materiałem. Nawet do technicznych zagadnień muzycznych nie mam nic do zarzucenia. To znaczy prawie: brak dźwięku 5.1. Ale tym razem odpuszczam, bo nawet nie miałbym jak go przetestować w obecnych warunkach.

Lasse Hoile ma lepsze i gorsze momenty jako reżyser czy „artworkrzysta”, tutaj jednak spisał się naprawdę porządnie. Oglądanie nie męczy, a nieudanie zapisane sceny można policzyć na palcach jednej ręki. A jest też kilka fenomenalnych, z wykorzystaniem bogatego, zmiennego oświetlenia. Dodaje to pewnego mistycznego klimatu, którym zresztą występ jest przepełniony.

Ale ten bardzo udany występ to nie wszystko, co zawiera wydawnictwo. Bo jako bonus dorzucono wykonanie pięciu utworów w wersji akustycznej z Londynu. Kameralny, skromny koncert, z udziałem tylko trzech osób z zespołu, okazuje się zawierać jeszcze większe pokłady piękna niż wydawałoby się „danie główne”. Wcześniej udostępnione publicznie zostało tylko genialne „Thin Air” i szczerze mówiąc naprawdę czekałem na resztę. Szczególnie utwór „Kingdom”, nie wykonywany od tak dawna. Pomijając publiczność, która zaklaskała tą kompozycję, nowa aranżacja akustyczna okazała się fenomenalna. Nie inaczej z „A Natural Disaster” czy pozostałymi dwiema.

Podsumowując: wydawnictwo polecam naprawdę serdecznie. Szczególnie, że otrzymujemy aż dwa występy, które tak bardzo się różnią. A oba są niezwykle udane. Szkoda tylko, że akustycznie tak krótko… Może kiedyś zapis pełnego koncertu w takiej stylizacji? 😉

Co do designu to niewątpliwie muszę pochwalić okładkę. Z jednej strony niby sztampowa, ale jednak pomysł z gwiazdami sprawił, że niezwykle przyjemnie się na nią patrzy. Trochę gorzej z tym co w środku. Oczywiście sam digibook wygląda naprawdę fajnie, to jednak większość zdjęć to nieciekawe ujęcia z „making-offu”. Za to te zrobione podczas koncertu wyglądają naprawdę świetnie! Szkoda, że nie starczyło materiału by wypełnić nimi całą książeczkę.

Ocena albumu: 4

Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Przód (wydawnictwo w slipcase’ie)
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Bok wydawnictwa
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Prezentacja digibooka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Pierwsze dwie kopertki na płyty.
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Płyta Blu-Ray
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Płyta DVD
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka – około połowa to zdjęcia z przygotowań. Niestety niezbyt ciekawe.
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka – jest też kilka zdjęć z koncertu. Dzięki wszystkim światłom wyglądają o wiele ciekawiej, niż „backstage”. Jest ich niestety mniej, pewnie dlatego, że ciężej je wykonać.
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Książeczka
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Kopertki na płyty CD.
Anathema - Universal Digibook Fan's Edition
Tył
Barcode / Kod kreskowy 802644851778
Wytwórnia KSCOPE Music
Nr. Katalogowy Kscope517
Wydawnictwo zawiera 44-stronicowy Digibook z wysokiej jakości papierem fotograficznym, z czterema „kopertkami” na płyty przymocowanymi do niego, slipcase, płytę blu-ray, dvd oraz 2 cd.
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanieOcena za wydanie

No-Man – Mixtaped (2dvd, dvd-super jewelbox) – 2009

No-Man to zespół pełny bardzo różnych od siebie albumów, bez tak naprawdę większych sukcesów komercyjnych. Koncertów w swojej karierze nie dał zbyt wiele, dlatego każdy z nich to cenny materiał. „Mixtaped” to pewna próba zebrania całej twórczości artystycznej zespołu. Pomijając już przekrojową tracklistę koncertu, do którego wrócę za chwilę, bo ja osobiście odbiór wydawnictwa zacząłem od drugiego dysku, gdzie daniem głównym jest film „Returning”.

Stali czytelnicy wiedzą, że zazwyczaj pomijam tego typu filmy zwieńczeniem „nudne” czy innym, równie krótkim. Ale „Returning” to nie tyle making-off jakiejś płyty czy samego koncertu, co dokument z krwi i kości (jest nawet narratorka!) o historii dosyć tajemniczego, wciąż zmieniającego swoje oblicza zespołu. Choć nadal jest to materiał tylko dla wierniejszych fanów, to jest tu widoczne niezwykłe zaangażowanie muzyków i innych osób, które były w jakiś sposób związane z formacją. Pasja sprawia, że wywiady ogląda się z pewną dozą przyjemności. A między nimi otworzono przed nami archiwum zespołu: masę starych zdjęć czy nawet występów, których przecież nie było za dużo. Należy zauważyć, że Tim i Steven są z nami szczerzy na tyle, by przyznać się do porażek, ale też by zauważyć swoje sukcesy. Nie silono się jednak na jakieś artystyczne pokazanie procesu twórczego, co często przeszkadza w odbiorze takich dokumentów. Tak więc ta część jak najbardziej na plus.

Oprócz półtoragodzinnego (!) filmu na drugim dysku zmieściły się także teledyski – w sumie aż pięć. Cóż tu dużo mówić, zespół nigdy nie miał zbyt wysokich funduszy, więc widać to bez wątpienia. Niezwykłe potworki wyszły spod rąk reżysera Philip Ilsona, który wspominając je w „Returning” tylko sentymentalnie się uśmiecha, ale wątpię, że chciałby je pamiętać. Animacja 3D Neil Whitmana do „Back When You Were Beautiful” nie pasuje klimatycznie w żadnym stopniu do granej muzyki. Ale nie jest aż tak źle: „Colours” otrzymało bardzo dobrze zrobione wideo, w której główną rolę otrzymała gra świateł. Również animacja do miniaturki „The Ballet Beast” wyszła bardzo fajnie.

Ale przejdźmy teraz do najważniejszej części wydawnictwa, czyli koncertu zarejestrowanego londyńskiej Bush Hall w 2008 roku. Po kilkukrotnym wysłuchaniu koncertu wrażenia mam dość ambiwalentne, ale jednak z przewagą na pozytywne aspekty. Sam początek powala: o wiele smutniejsza i wolniejsza wersja niż studyjna „Only Rain” przechodzi w niesamowicie energetyczne „Time Travel in Texas”. Później jest utwór z najnowszej płyty „All Sweet Things”, który już dawno mi się znudził, a ta wersja prawie w niczym nie odbiega od studyjnej. „Pretty Genius” to piosenka, która chyba za każdym razem brzmi niezwykle świeżo. Zaś nigdy nie mogłem się przekonać do „All the Blue Changes” live. Choć studyjna wersja to jeden z moich ulubionych utworów zespołu, to na żywo traci gdzieś swój wyjątkowy klimat, kończąc się średnio-znośnym szumem. Mógłbym tak dalej, ale lista utworów jest bardzo długa – a w zasadzie przez cały koncert zdarzają się genialne momenty („Day in the Trees”, „Mixtaped”), a także ewidentnie schrzanione („Returning Jesus”, „Truenorth”).

Choć do pojedynczych utworów mogę mieć jakieś zastrzeżenia to jednak całościowo naprawdę warto mieć „Mixtaped” w kolekcji. Chociażby ze względu na to, że No-Man bardzo rzadko koncertuje, a jest to zespół, który mimo nie przebicia się do mainstreamu, stworzył naprawdę ważne płyty. A sam klimat koncertu daje poczucie wyjątkowości tego wydarzenia. Publiczność jest równie zafascynowana jak ja sam na jedynym póki co koncercie No-Mana w Polsce, więc w pełni to rozumiem 😉

Ocena albumu: 3+

No-Man - Mixtaped
Przód
No-Man - Mixtaped
Bok
No-Man - Mixtaped
Środek i dwie płyty
No-Man - Mixtaped
Książeczka
No-Man - Mixtaped
Tył
Barcode / Kod kreskowy 802644850573
Wytwórnia Kscope Music
Nr. Katalogowy Kscope505
Wydawnictwo zawiera Super Jewelbox wielkości DVD, 4-stronicowa książeczka, 2 płyty DVD w tym samym trayu.
Ocena

Ocena za wydanie

Porcupine Tree – Anesthetize Live in Tilburg (dvd+blu-ray, digibook) – 2010

„Anesthetize” to tytuł najdłuższego utworu (a tak naprawdę to trzech utworów złożonych w jeden) z „Fear of a Blank Planet„, to już powinno dać obraz, co będzie „daniem głównym” ostatniego koncertowego DVD/Blu-Ray Porcupine Tree z prawdziwego zdarzenia. Cały album wykonany w całości, ba, nawet większość okolicznościowej EPki znalazła się na setliście. Zabrakło z niej tylko tytułowego „Nil Recurring”, pewnie dlatego, że nie miał kto zastąpić gościnnie udzielającego się tam Roberta Frippa. Reszta utworów to większość raczej nowych dokonań z „Deadwinga” i „In Absentii”, ale znalazło się też kilka tego, co tygryski lubią najbardziej: staroci. Co ciekawe wszystkie z jednego albumu  – Signify. Oczywiście nie jest to powód do ubolewań, choć miło by usłyszeć coś jeszcze. Ale i tak chyba trzeba być wdzięcznym za to co jest.

Kwestie muzyczne? Cóż, koncert zagrany jest na jak najbardziej poprawnym poziomie. Najbardziej ambiwalentne uczucia wzbudził we mnie gitarzysta sesyjny – John Wesley. Jego głos sprawdza się genialnie jeśli chodzi o chórki czy nawet linijki, które śpiewa zamiast Wilsona. Trochę gorzej według mnie wypadają jego solówki – np. ta w „Anesthetize” jest ewidentnie schrzaniona (pewnie dlatego robił jakie dziwne miny). Zaś jaki Wilson jest – każdy wie. Stara się raczej nie odbiegać od tego, co mamy zaserwowane studyjnie. Choć gdy śpiewa na żywo jego wokal często nie daje rady – szczególnie wtedy gdy musi użyć „agresywnego” tonu. Wychodzi to często dość karykaturalnie. Gavin Harrison wymiata na perkusji – przynajmniej technicznie. Edwin na basie jak zwykle stoi z boku, nie pokazując się za bardzo kamerom, ale gra naprawdę dobrze. Za to Barberi jak zwykle maksymalnie skupiony przed swoimi syntezatorami. Więc jakby to wszystko podsumować – to wyjdzie nam dość standardowy koncert „nowego” Porcupine Tree. Wizualizacje z tej trasy nie przypadły mi jakoś szczególnie do gustu, nie budują one jakiegoś wybitnie magicznego klimatu. Za to dźwięk w 5.1. został rozpisany świetnie, nieco inaczej niż to bywa w przypadku zwykłych LP.

Mimo wszystko koncert niestety nie porwał mnie za bardzo. Może to po części wina tego, że nieco przesłuchał mi się „Fear of a Blank Planet”, ale przecież to nie wszystko co zespół miał do zaoferowania. Niestety, ale troszkę się zawiodłem, szczególnie na koncert wydany z takim „impetem” – 5000 sztuk specjalnej wersji artbook, box z winylami, limitowany digibook…

A co do digibooka – jest to wersja już niedostępna i wyprzedana. Twarda oprawa, wielkość opakowań na DVD robią wrażenie, ale niestety oprócz okładki znalazło się tylko 16 stron książeczki – a zdjęcia nie powalają.

Ocena albumu: 3

Porcupine Tree - Anesthetize
Prezentacja
Porcupine Tree - Anesthetize
Bok
Porcupine Tree - Anesthetize
Pierwsza płyta i tray
Porcupine Tree - Anesthetize
Książeczka
Porcupine Tree - Anesthetize
Książeczka
Porcupine Tree - Anesthetize
Książeczka
Porcupine Tree - Anesthetize
Druga płyta i tray
Porcupine Tree - Anesthetize
Tył
Barcode / Kod kreskowy 802644850672
Wytwórnia Kscope Music
Nr. Katalogowy Kscope506
Wydawnictwo zawiera 16-stronicowy, digibook wielkości DVD, dwoma trayami po bokach, płyty DVD i Blu-Ray
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanie

Porcupine Tree – Octane Twisted (2cd+dvd, digibook) – 2012

Steven Wilson pozostawił Porcupine Tree na jakiś czas. Pozostali członkowie formacji również zajęli się „własnymi sprawami”. Dlatego cień nadziei dało Kscope, informując w reklamówkach dołączanych do płyt o tym, że nadchodzi nowe wydawnictwo spod szyldu Porcupine Tree. Jak się okazało później, w nasze ręce trafi wydawnictwo raczej dla wiernych fanów. Zapis koncertu z trasy The Incident Tour. Wersja limitowana w digibooku zawiera dodatkową płytę DVD z obrazem – trochę brzydka zagrywka ze strony wydawnictwa, że zwykłe wydanie jest tego pozbawione. Również nie najmilsze jest to, że dźwięk jest tylko w stereo. Ale z drugiej strony nadaje to wydawnictwu taki trochę bootlegowy charakter. Jakość nagrania też jakoś szczególnie nie powala, jest raczej zadowalająca. Choć całkiem miłe było wyłapywanie zmian i różnic w stosunku do studyjnej wersji suity „The Incident”, to najważniejsza okazuje się druga płyta (niestety utworów z niej już nie znajdziemy na dysku DVD). Zostały na nią wrzucone kawałki z różnych koncertów. W tym takie smaczki jak przedłużony „Hatesong” czy „Stars Die” z bardzo wczesnego okresu zespołu. Dlatego uważam, że „Octane Twisted” nie jest czymś, co każdy powinien znać. Wydawnictwo trzeba traktować raczej jako ciekawostkę.

Ale za to jak pięknie wydaną! Choć tyczy się to tylko wersji Digibook – jest on gruby, z pięknymi zdjęciami z całej trasy koncertowej. Wygląda to super, mimo że nie obyło się bez wpadki. Produkowane w Polsce opakowania typu Digibook w dość sporej części nakładu były uszkodzone – tak było w moim przypadku. Ucierpiała nawet płyta. Co prawda sklep Burning Shed wymienił je bez problemu (przysyłając jeszcze bardziej porysowaną płytę DVD… ale już dałem sobie spokój z dalszymi reklamacjami). Pewien niesmak niestety pozostał.

Ocena albumu: 2+

Porcupine Tree - Octane Twisted Digibook
Prezentacja
Porcupine Tree - Octane Twisted Digibook
Przód
Porcupine Tree - Octane Twisted Digibook
Bok
Porcupine Tree - Octane Twisted Digibook
Pierwsza płyta CD w trayu
Porcupine Tree - Octane Twisted Digibook
Książeczka
Porcupine Tree - Octane Twisted Digibook
Książeczka
Porcupine Tree - Octane Twisted Digibook
Książeczka
Porcupine Tree - Octane Twisted Digibook
Książeczka
Porcupine Tree - Octane Twisted Digibook
Kopertka na drugą płytę CD
Porcupine Tree - Octane Twisted Digibook
Płyta DVD w trayu
Porcupine Tree - Octane Twisted Digibook
Tył
Barcode / Kod kreskowy 802644821726
Wytwórnia Kscope Music
Nr. Katalogowy KSCOPE217
Wydawnictwo zawiera 44-stronicowy digibook z dwoma trayami oraz dodatkową kopertką, 2 płyty CD i jedną DVD
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanieOcena za wydanie

Radiohead – The King of Limbs Live from Basement (dvd, digibook) – 2011

„Live from Basement” to pewnego rodzaju seria koncertów, które odbywają się w tytułowej „piwnicy” wypełnionej sprzętem muzycznym… i w zasadzie niczym więcej. Brak publiczności sprawia, że skupienie muzyków jest absolutne, przez co zapisy z takich sesji nagraniowych to nietuzinkowa sprawa. Radiohead już wcześniej zagrał w podobny sposób, z okazji promownia „In Rainbows”. Nie wiem czemu nikt się nie pokusił na wydanie tego w formie DVD, bo to było coś genialnego (całość można obejrzeć co prawda na youtube, ale to nie to samo…). Nagranie z 2011 roku, mimo takich samych założeń – wyszło nieco inaczej. Wielkość różnicy jest podobna między tym jak różne są „In Rainbows” i „The King of Limbs„. Już pomijając to, że spotykamy się tu z nieco innym zamysłem reżysera – jest nieco ciemniej, kolory są wyblakłe, wszystko wpasowuje się w koncepcję granego albumu. Tym razem też mamy do czynienia z większą ilością elektroniki, która brzmi nieco inaczej niż na „podstawowym” albumie. Dlatego słuchając tego występu można odkryć kompozycje na nowo. Niestety – niektóre okazały się rozczarowaniem. Na przykład „normalnie” fenomenalny „Lotus Flower” w tej wersji zahacza wręcz o kompletne spartolenie. Nie do końca tak jakbym chciał brzmią również niektóre utwory oparte na powtarzającym się bicie… Za to wyjątkowo dobrze spisują się kawałki, które były wcześniej wydane jako bezalbumowe single: „The Daily Mail”, „Staircase” i „Supercollider”.

Tak czy siak „The King of Limbs Live from Basement” posłuchać musi każdy, bo tak specyficznych „koncertów” naprawdę jest niewiele. Nie jest on najprostszy w odbiorze, ale w skupieniu niektóre momenty potrafią zmienić się w prawdziwą magię…

Wydanie jest równie fajne co nietypowe. Jest to digibook w nietypowych materiałów, bez traya – zamiast tego płytę trzyma taka śmieszna kropka. Zdjęcia na matowym papierze idealnie oddają charakter koncertu.

Ocena albumu: 3+

Radiohead - The King of Limbs Live from Basement
Prezentacja
Radiohead - The King of Limbs Live from Basement
Bok
Radiohead - The King of Limbs Live from Basement
Środek
Radiohead - The King of Limbs Live from Basement
Książeczka
Radiohead - The King of Limbs Live from Basement
Książeczka
Radiohead - The King of Limbs Live from Basement
Książeczka
Radiohead - The King of Limbs Live from Basement
Książeczka
Radiohead - The King of Limbs Live from Basement
Książeczka
Radiohead - The King of Limbs Live from Basement
Książeczka
Radiohead - The King of Limbs Live from Basement
Tył
Barcode / Kod kreskowy 827565058907
Wytwórnia Ticker Tape Ltd.
Nr. Katalogowy TICK012
Wydawnictwo zawiera 32-stronicowy digibook (bez trayów), płytę
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanieOcena za wydanie

David Gilmour – Live in Gdańsk (2cd+dvd, digipak) – 2008

Z pewnością należy wziąć pod uwagę, że jest to solowy koncert Davida Gilmoura, a nie tak jak chociażby ja bym chciał. Stąd mamy jakby dwie części (mówię tu o wersji DVD) – z repertuarem solowym Gilmoura (zagrany cały „On an Island”) oraz z utworami Pink Floydów. Tych niestety wiele nie jest bo tylko 5 (choć przypomnijmy, że „Echoes” swoje dobre 25 minut trwa).

Trochę boli taka setlista, gdyż „On An Island” złe nie jest, ale do arcydzieła mu sporo brakuje, o wiele bardziej ciekawie wypadły Pink Floydowe utwory („High Hopes”, „Comfortably Numb”).

Trochę inaczej kształtuje się sprawa na CD, która jest wzbogacona o Flojdowskie utwory, między innymi „Shine On You Crazy Diamond” czy chociażby 4 początkowe utwory z „Dark Side of the Moon”. Zagrane jak najbardziej poprawnie. Szkoda więc, że cały koncert nie został opublikowany na DVD.

Należy zauważyć, że grających w Polsce ex-Floydów (Davida Gilmoura i Richarda Wrighta) wspomagają znakomici muzycy (wraz z Leszkiem Możdżerem i Zbigniewem Preisnerem odpowiedzialnym za grę Polskiej Filharmonii Bałtyckiej). Cały koncert jest więc zrealizowany z niezłym rozmachem – jako, że został zagrany z okazji 26 rocznicy Solidarności, publiczność była jak na Polskę ogromna. Wizualizacje i różne lasery też dają czadu (szczególnie we wspominanym klikakrtonie „Echoes”).

Podsumowując, jest to bardzo dobry koncert, choć ja osobiście oczekiwałem czegoś nieco bardziej porywającego (nie licząc oczywiście „drugiej” części, która wymiata po całości).

David Gilmour - Live in Gdańsk 2CD+DVD
Przód
David Gilmour - Live in Gdańsk 2CD+DVD
Tył
David Gilmour - Live in Gdańsk 2CD+DVD
Prezentacja
David Gilmour - Live in Gdańsk 2CD+DVD
Digipak w środku
David Gilmour - Live in Gdańsk 2CD+DVD
Środek
David Gilmour - Live in Gdańsk 2CD+DVD
Pełna zawartość wydawnictwa
David Gilmour - Live in Gdańsk 2CD+DVD
Książeczka
David Gilmour - Live in Gdańsk 2CD+DVD
Książeczka
David Gilmour - Live in Gdańsk 2CD+DVD
Książeczka
Barcode / Kod kreskowy 5099923548923
Wytwórnia EMI Records ltd.
Nr. Katalogowy 50999 235489 2 3
Wydawnictwo zawiera 3 – panelowy Digipak (bez trayów), 12 stronicową książeczkę, płytę
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanie