Archiwa tagu: Pop Rock

Mike Oldfield – Man on the Rocks (2cd, digipak, deluxe edition) – 2014

Przyznam się bez bicia, że jeszcze nie słuchałem Oldfielda na poważnie. Oczywiście kojarzyłem jego nazwisko i bliżej nieokreślone strzępy twórczości, aczkolwiek nie trafiła się okazja, by zagłębić się w jego dźwięki. Aż do dzisiaj, bo czy może być lepsza sposobność niż premiera nowego long playa? Co prawda poznawanie uznanych artystów od strony nowości może być niebezpieczne, bo rzadko się zdarza by te nowe albumy dorównywały starszym, ale już nie raz zadziałały na mnie jako zachęta do poznawania. No nic, postanowiłem dać temu – z wyglądu – sympatycznemu, starszemu panu szansę.

Okładka po prostu idealnie odwzorowuje to, co można znaleźć na płycie. Początkowy „Sailing” to przeuroczy, choć typowo singlowy utwór oparty na sielskich dźwiękach gitary akustycznej i prostej perkusji. Nie do końca spodziewałem się takiej formy muzycznej po osobie określanej jako muzyk progresywny – ale przecież płyty słuchałem na żywioł. Okazuje się więc, że wpadające w ucho motywy przywołujące na myśl pop-rock jeszcze nie raz dadzą o sobie znać na krążku. Idealnie wpasowany głos w konwencję albumu okazał się nie należeć do samego Mike’a. Po prostu nie miałem pojęcia, że on sam nie udziela się wokalnie. Teraz sam nie wiem jak mogłem pomyśleć, że to jego wokale. Dopiero po sprawdzeniu materiałów promocyjnych ukazał mi się przed oczami niejaki śpiewak Luke Spiller, który wystylizowany w klimaty emo-rockowca trochę pokłócił mi się z konwencją samego „Człowieka na Skałach”. Zacząłem odczuwać bardziej elementy sztuczności, szczególnie, że panowie sami przyznali, że album tworzony był bez rzeczywistej współpracy muzyków, gdyż ich kontakty były internetowe.

Postanowiłem jednak porzucić wszelkie wątki poza-muzyczne, gdyż często nie warto zawracać sobie nimi głowę. Szczególnie, że sam wokal Luke’a – jak już wspominałem – wpasował się w ten nieco przesłodzony klimat płyty. Można to liczyć jako spory plus. Nasz bohater drugoplanowy potrafi wydusić z siebie (co prawda ze sporym wsparciem zaplecza post-produkcyjnego) imponujące dźwięki. Słuchając „Man On The Rocks” czy „Nuclear” jest to pokaźnie uwydatnione. Wspomniane kompozycje to moje ulubione „numery” z płyty: pierwszy zaczyna się w spokojny sposób by powoli kumulować dobrą energię, a kończy się naprawdę mocnym kopem. Zaś „Nuclear” to najsmutniejszy utwór, który z dosyć niezłym skutkiem próbuje być czymś na wzór wybuchem gniewu.

Największym zarzutem wobec płyty okazuje się jednak to, że tak naprawdę nie jest dziełem w niczym wybijającym się. Nie kwalifikuję go jako typowej sztuki (chyba, że rzemieślniczej), raczej jako uraczenie swoich uszu pięknie napisanymi melodiami, które jednak potrafią przenieść w ten inny świat. Motywy, jak to na muzykę z nurtu popularnych, potrafią „grać” w głowie długimi godzinami, a same piosenki fajnie się nuci. Co więcej, cały „Man on the Rocks” trzyma dosyć równy poziom. Myślę, że będę go „używał” jako pewnego rodzaju przerwę pomiędzy inną muzyką. Idealnie też pasuje do prostego grania w tle. Ale z drugiej strony – nie przypisywałbym mu nic ponadto. Pomimo to, ciężko płyty nie polecić. Nawet jeśli na kilka przesłuchań, potrafi ona dać radość. Szczególnie w piękny, słoneczny dzień.

Moje wydanie nazwane zostało chlubnie „Deluxe Edition”. Choć tak naprawdę jest to tylko „średnia” wersja. Do wyboru była jeszcze w pełni wypasiona, oraz najzwyklejsza w jewelcase’ie. Dwupłytowa digipakowa edycja zawiera dodatkowo wersje instrumentalne, które trochę tracą sens bycia, więc wątpię, żebym z nich skorzystał. Jak już mówiłem: okładka idealnie odwzorowuje album, więc jest trochę przesłodzona, przeprodukowana i sztuczna, ale dzięki temu pasuje. Gorzej z tym, co znajdziemy w środku. Są dwa udane zdjęcia Oldfielda, kilka najzwyklejszych fotografii z produkcji, a także koszmar designera: białe fonty na kompletnie niepasujących teksturach. Ogólnie nie zaliczałbym oprawy graficznej do zbyt udanej.

Ocena albumu: 3

Mike Oldfield - Man on the Rocks
Okładka
Mike Oldfield - Man on the Rocks
Digipak po otwarciu
Mike Oldfield - Man on the Rocks
Bok
Mike Oldfield - Man on the Rocks
Digipak w pełni
Mike Oldfield - Man on the Rocks
Książeczka
Mike Oldfield - Man on the Rocks
Książeczka
Mike Oldfield - Man on the Rocks
Książeczka
Mike Oldfield - Man on the Rocks
Tył
Barcode / Kod kreskowy 602537606962
Wytwórnia Mercury Records Ltd / Virgin / Emi Records
Nr. Katalogowy 376 069-6
Wydawnictwo zawiera Digipak 4 płatowy, 16-stronicową książeczkę, 2 płyty.
Ocena Ocena za wydanie
Reklamy

Blackfield – Blackfield IV (cd+dvd, digibook) – 2013

No to doczekałem się. Bo czwarty Blackfield to było coś, za czym naprawdę wyglądałem. W końcu chyba jako jeden z nielicznych zaliczam się do fanów „Welcome to my DNA”, o czym zresztą można się przekonać w tym miejscu. Tym bardziej moja ciekawość była spotęgowana. W jakim kierunku projekt pójdzie tym razem? Szczerze mówiąc to też jakoś okropnie nie przejąłem się informacją, że Steven Wilson weźmie udział w tym albumie bardziej jako gość. Przecież jego rola jako dobrego opiekuna twórczości Geffena powinna wystarczyć, jak już mu się nie chce, to wcale nie musi nic pisać. Chociaż wiem, że to jest pewien cios w całe sedno projektu, a bez udziału „bosonogiego” może być ciężko z chociażby frekwencją na koncertach, czego przykładem może być ostatnia solowa płyta Aviva Geffena z 2009 roku, która nie podbiła chyba niczyjego serca, a występy musiały być reklamowane wielkimi napisami „STEVEN WILSON JAKO GOŚĆ!”. Cała ta otoczka sprawiła, że naprawdę nie wiedziałem co wyjdzie z „Czwórki”. Blisko premiery można już było posłuchać coraz większą ilość tzw. „sampli” czy nawet dwie pełne piosenki, dzięki którym zakrzyknąłem entuzjastycznie na swoim facebooku:

bfivfb

 Teraz bardzo daleko mi od takiej opinii. Dlaczego? Bo czułem się o wiele bardziej, jakbym słuchał połączenia kompletnie solowej płyty Aviva, jakichś dziwnie krótkich miniaturek z gośćmi oraz rzuconych dwóch na krzyż rzeczywiście „Blackfieldowych” piosenek. I na pewno nie jest to coś, na co czekałem. Nie zrozumcie mnie źle – jeżeli przymknąć oko na niczym nieskrępowany śpiew Aviva, który w takiej „czystej” postaci może się podobać głównie masochistom, to piosenek (czy też „pioseneczek”) słucha się całkiem przyjemnie. Ale może po kolei?

Początek jest z pewnością obiecujący. „Pills” to utwór, który garściami czerpie z poprzedniego dorobku projektu, ale też dodaje kilka drobnych, nowych elementów. Przybijająca, kontrastowa, wpadająca w ucho… W sumie cztery osoby na mikrofonie dają też wrażenie przestrzenności (aż przykro, że nie mam teraz dostępu do wersji 5.1.). Nawet zakończenie całkiem przypadło mi do gustu, choć podobne już było w „Zigota” z poprzedniego albumu… Ale okej, dodany efekt wysamplowanego głos niejakiej Alex Moshe jest wystarczająco unikalny.

Kolejny utwór „Springtime” zaczyna się w tak bardzo nudny i nieciekawy sposób, że za każdym razem jak słyszę pierwsze pierwsze 30 sekund, mam ochotę przełączyć dalej. Na szczęście zaraz powoli wchodzą orkiestracje, które w refrenie wraz techniką gry na gitarze typu „slide” tworzą sedno utworu. Po prostu na samym początku trzeba sobie wyobrazić przepiękne zdjęcie użyte jako artwork do tej piosenki. „Springtime” to pierwsza miniaturka, którymi przepełniony jest album. Przez dwie minuty człowiek dopiero zdąży się przyzwyczaić do konceptu, a ten właśnie się kończy i zmienia się w coś kompletnie odrębnego. Tworzy to taki niesamowity chaos na całym krążku, że można się poczuć jak podczas słuchania jakiejś nie do końca dobrze zebranej składanki, aniżeli pełnoprawnego albumu. Utwór jest całkiem okej, ale zanim zauważymy, że w ogóle leci, czas już na kolejną miniaturkę!

Super słodko-piękny, pełny rozmarzenia… ale zaraz, komu wystarczy dwie i pół minuty by się poważnie rozmarzyć? A może to był taki koncept, że w dzisiejszym świecie, nie ma za bardzo czasu na cokolwiek, dlatego te utwory są takie krótkie? Aviv się broni, żeby nie oceniać długości, tylko wartość artystyczną samych utworów, ale jak niby tego nie robić, skoro to tak bije po oczach?! uszach?! Dobrze, dobrze, pioseneczka-miniatureczka w sumie nie zaskakuje niczym, przypomina mi trochę „Dreaming Light” Anathemy, skąd w końcu wziął się gość-wokalista. Tylko z „X-Ray” jest taki problem, że piosenka jest, a potem zaraz jej nie ma, i znów brakuje czasu by się z nią jakoś oswoić…

Coś dłuższego? No w końcu! Tylko, że znowu mamy tutaj okropny początek (wokale Aviva – wszytko jasne). Przynajmniej dalej nie jest źle. Całkiem porządny popowy utwór, który ratuje Wilson w chórkach. Tylko dlaczego mi tutaj tak zalatuje Coldplayem? Czyżby ktoś o czymś zapomniał?

„Firefly” to zaś kawałek, dzięki któremu wiele zawdzięczam. Występuje na nim Brett Ansderson, którego jak najszybciej wygooglowałem by trafić do jego zespołu-matki, czyli Suede. No bo co tu dużo mówić, ale jego głos, to jedna z najlepszych rzeczy na „Blackfield IV”. Mimo, że piosenka jest dość zwykła, a końcówka jakby ukradziona z poprzedniego albumu, to jednak potrafi się całkiem nieźle obronić. Nie, nie będę już wypominać długości, bo to muszę zrobić z…

„The Only Fool is Me”. Kolejna miniatura. Tym razem za mikrofonem stanął Jonathan Donahue. Jako przerywnik w „prawdziwym” albumie jestem pewien, że dawałby radę, ale przerywnik w albumie przerywników… cóż. Nawet nie ma za bardzo co napisać.

„Jupiter” to najmocniejszy punkt na krążku, przyczyna mojej początkowej niezwykłej ekscytacji. Na „pierwszy raz” polecam zapoznać się z teledyskiem, który potęguje wrażenia! Utwór sentymentalny, z pięknymi aranżacjami, sprawdzonym głosem Wilsona, z godnymi chórkami, oraz urzekającym tekstem. Naprawdę trzeba czegoś więcej? W końcu czuć tu Blackfield, a utwór trwa niecałe cztery minuty! Cud!

„Kissed By Devil” to agresywniejszy utwór, z mocniejszymi gitarami, ale też typowym kontrastowaniem między częściami utworu. Chyba jedyna część, gdzie występujące pojedynczo wokale Aviva się bronią (w chórkach oczywiście pomoc od Wilsona). Ale kurczę, to kolejny „OK” utwór, w zasadzie jakoś szczególnie się nie wybijający… Czy ja właśnie zacząłem tęsknić za poprzednimi Blackfieldami, których można było słuchać na okrągło przez cały dzień? Przecież w wywiadzie Aviv mówił, że w procesie twórczym wszystkie „OK” piosenki zostały odrzucone, a zostały tylko najlepsze… Dokładnie takim samym typem piosenki jest „Lost Souls”. Ech.

Zaś „Faking” jest jakby żywcem wyciągnięty z solowego albumu Aviva. To chyba niestety oznacza, że nie jest on tak naprawdę płodnym artystą, a po prostu powtarza to co stworzył na nieco inne sposoby. Znów typowa popowo-rockowa piosenka, i kolejny raz mógłbym powiedzieć co najwyżej „OK”, bo szczególnie nie urzeka w niej nic.

Na koniec liczyliście na killer? Spójrzmy wstecz: końcówki Blackfieldów są wręcz kwintesencją projektu. „Hello”, „End of the World”, „DNA”. A tutaj co dostaliśmy na koniec? Półtora minutową miniaturkę, z jakże ambitnym tekstem (cytuję): „Rain / After the rain / There’s sun”, mająca być niejako zapowiedzią, co czeka nas w przyszłości (a już się boję), w której główną rolę pełni niezbyt odkrywcza elektronika w stylu Drum and bass lub Dubstepu (jak to określił Aviv). Tyle szczęścia, że ja mam jakąś słabość do tego typu dźwięków połączonych z orkiestrą… Co oczywiście nie sprawiło, że zostałem nasycony. A to już koniec. Te 31 minut mija tak szybko, że album zostaje w świadomości niemalże niezauważony.

Bo nie zrozumcie mnie źle – w zasadzie każdy utwór jest chociażby „trochę” ładny, wszystkiego da się słuchać bez większych zgrzytów, jest kilka naprawdę dobrych momentów, ale… Niestety, zawsze jest jakieś ale. Biorąc pod uwagę, że te słowa pisze nieco zdruzgotany fan formacji, który robił sobie nadzieję na kolejną chociażby wybijającą się płytę, a dostał… Znów użyję tego sformułowania: płytę „OK” – myślę, że Blackfield IV wcale nie jest aż tak zły. Ale czy opłaca się go kupować – na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć indywidualnie. Bo jak dla mnie to… mimo wszystko, chyba tak.

Szczególnie, że wydanie to jeden z największych plusów. Za panelem dizajnerskim stanęła znana z wielu innych płyt opisywanych chociażby na moim blogu londyńska firma Aleph Studio, która jak zwykle podołała zadaniu. Spójrzcie zresztą na zdjęcia! Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to chaos, ale on w pewien sposób odwzorowuje to, co znajdziemy na płycie, więc chyba można wybaczyć?

Oprócz samej płyty CD otrzymaliśmy również DVD ze wspominanym już przeze mnie 5.1. – po raz pierwszy w historii Blackfield, ale niestety na chwilę obecną nie mam możliwości posłuchania tej wersji. Gdyby tylko taką zdobędę – zdam relację.

Ocena albumu: 3

Blackfield - Blackfield IV
Prezentacja
Blackfield - Blackfield IV
Bok
Blackfield - Blackfield IV
Pierwsza płyta i początek wydawnictwa
Blackfield - Blackfield IV
Artworki są bardzo ładne…
Blackfield - Blackfield IV
…w końcu za oprawę graficzną odpowiedzialne jest Aleph Studio…
Blackfield - Blackfield IV
…jedyny problem jest taki, że nie są one do końca spójne.
Blackfield - Blackfield IV
Znalazła się nawet rozkładówka.
Blackfield - Blackfield IV
To chyba najbardziej niepasujące do reszty zdjęcie.
Blackfield - Blackfield IV
Autorzy
Blackfield - Blackfield IV
Druga płyta.
Blackfield - Blackfield IV
Tył
Barcode / Kod kreskowy 802644822525
Wytwórnia Kscope Music
Nr. Katalogowy KSCOPE225
Wydawnictwo zawiera 28 stronicowy digibook, 2 płyty
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanieOcena za wydanie

R.E.M. – Up (cd+dvd, digipak, reedycja 2005) – 1998

Kolejny z posiadanych przeze mnie albumów R.E.M. jest w pewnym stopniu kontynuacją tego, co słyszałem na innych albumach zespołu, ale z nieco inną konwencją. „Up” charakteryzuje się nieco bardziej rozbudowaną elektroniką, najróżniejszymi eksperymentami dźwiękowymi, co zostało docenione przez fanów. Co prawda i tak całość jest oparta na dość prostych, powolnych kompozycjach, z którego zresztą słynie „nowy” R.E.M. Niemniej jak to w przypadku zespołu bywa: płyty słucha się niezwykle przyjemnie, a dwa hity: „Lotus” i „At My Most Beautiful” przesądziły o zakupie wydawnictwa.

„Up” to kolejny digipak z serii remasterów z 2005 roku, który trafił to mojej kolekcji. Tym razem obyło się bez wpadek i obie płyty są nienaruszone. Całkiem fajny, pokręcony design pasuje do charakteru muzyki, a książeczka tym razem nie rozkłada się, przez co można ją przeglądać w standardowy sposób. Na DVD całość w niezłym 5.1. i dodatki.

Ocena albumu: 3

R.E.M. - Up CD+DVD
Prezentacja
R.E.M. - Up CD+DVD
Bok
R.E.M. - Up CD+DVD
Digipak po otwarciu
R.E.M. - Up CD+DVD
Digipak w pełnej okazałości
R.E.M. - Up CD+DVD
Książeczka
R.E.M. - Up CD+DVD
Książeczka
R.E.M. - Up CD+DVD
Książeczka
R.E.M. - Up CD+DVD
Książeczka
R.E.M. - Up CD+DVD
Tył

Barcode / Kod kreskowy 08122739523
Wytwórnia Warner Bros Music
Nr. Katalogowy
Wydawnictwo zawiera 3-płatowy digipak, płytę CD i DVD, 20-stronicową książeczkę
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanie

R.E.M. – Around the Sun (cd+dvd, digipak, reedycja 2005) – 2004

Jeżeli ktoś potrafi pisać proste piosenki to niech to robi! – stwierdził R.E.M. i wypuścił w 2008 prawdopodobnie najbardziej poprockowy album w swojej karierze. Trzynaście fajnych utworów, których przyjemnie się słucha (choć w większości raczej dość smutne). Wszystkie trzymają poziom (nie lubię tylko tytułowej piosenki). Niestety (a może stety?) na większe wrażenia artystyczne nie ma co liczyć. Ale posłuchać od czasu do czasu – czemu nie?

Album wydany w taki sam sposób jak pozostałe R.E.M.y z dodatkowym DVD. Co prawda dołączona jest książeczka w postaci plakatu – ale tak też było w wersji premierowej. Oprawa graficzna jest naprawdę skromna (w zasadzie to dwa raczej średnie zdjęcia). Miks 5.1. jest zrealizowany w całkiem niezły sposób, a na dokładkę dorzucono nam jeszcze teledysk do „Leaving New York” i parę innych „gadżetów”.

Ocena albumu: 3

R.E.M. - Around the Sun
Prezentacja
R.E.M. - Around the Sun
Po otworzeniu digipaka…
R.E.M. - Around the Sun
Środek
R.E.M. - Around the Sun
Bok
R.E.M. - Around the Sun
Plakat z jednej strony
R.E.M. - Around the Sun
Plakat z drugiej strony (teksty utworów)
R.E.M. - Around the Sun
Tył
Barcode / Kod kreskowy 093624931522
Wytwórnia Warner Music Group Company
Nr. Katalogowy
Wydawnictwo zawiera Trzypłatowy digipak, książeczka w postaci składanego plakatu, płyta CD i DVD
Ocena

Ocena za wydanie

Arid – Little Things of Venom (cd, jewelcase) – 1999

Debiut Arida, belgijskiego zespołu, jest naprawdę przemiłym, pełnym fajnych pop-rockowych piosenek albumem. Nie wiem co takiego w niej jest (oprócz genialnego głosu Jaspera Steverlincka, który może przypominać „wczesnego” Thome’a Yorka), że przyciąga i ciężko się od niej oderwać. Niby banalne kompozycje o miłości, ale jednak mają w sobie pewną szczerość, za którą można tą płytę pokochać.

Za to znienawidzić ją można bez wątpienia za oprawę graficzną, która jest tragiczna. Nawet okładka jest tak beznadziejna, że ciężko to opisać słowami. A w środku wcale nie jest lepiej. Więcej artyzmu miały zdjęcia jakie zrobiłem trzymając po raz pierwszy aparat w rękach.

Ocena albumu: 3+

Arid - Little Things of Venom
Przód
Arid - Little Things of Venom
Bok
Arid - Little Things of Venom
Środek
Arid - Little Things of Venom
Książeczka
Arid - Little Things of Venom
Książeczka
Arid - Little Things of Venom
Książeczka
Arid - Little Things of Venom
Książeczka
Arid - Little Things of Venom
Tył książeczki tworzy pełny obraz
Arid - Little Things of Venom
Tył
Barcode / Kod kreskowy 5411582911113
Wytwórnia Double T Music
Nr. Katalogowy DTM 911101-2
Wydawnictwo zawiera Jewelcase z czarnym trayem, 20 stronicową książeczkę, płytę
Ocena Ocena za wydanie

R.E.M. – Out of Time (cd+dvd, digipak, reedycja 2005) – 1991

Może zacznę dość nietypowo, ale „Out of Time” to pozycja obowiązkowa. Dość myląca może być ilość gwiazdek, ale jest tu dość podobnie jak z ostatnim albumem Pink Floydów. Po prostu pewien utwór to jeden z najgenialniejszych tworów zespołu (tak jak we wspomnianym „The Division Bell” był to „High Hopes”). „Losing my Religion” chyba nikomu nie trzeba przedstawiać… a jeśli trzeba, to wystarczy kliknąć tutaj.

No ale co z resztą albumu? W większości to naprawdę miłe dla ucha piosenki, które trzymają poziom przez całe 40 minut. Zostały one zaaranżowane w taki sposób, że ciężko teraz by mi było je wyobrazić sobie na innym albumie. Za spójność niewątpliwy plus (bo to, że po „Radio Song” wskakuje całkiem niepasujący „Losing my Religion” można już wybaczyć). Niestety im więcej słucham albumu, tym szybciej jestem znudzony. Perfekcyjna produkcja i dopieszczenie wszelkich elementów wraz z piękną orkiestrą niestety nie wystarcza na długo. Zabrakło tutaj czegoś, co panowie całe szczęście (dla siebie jak i całej muzyki rockowej) odnaleźli już niedługo – songwritingu. Bo na następnym albumie wszystko już grało tak idealnie, że obecnie jest to jedna z moich najbardziej ukochanych płyt.

Co z tym „Out of Time’em”? Oczywiście polecam posłuchać całości (płyta również idealnie pasuje jako nieinwazyjne tło muzyczne), ale to co najlepsze w warnerowskim obliczu zespołu, miało dopiero nadejść…

Zalety znakomitej produkcji ujawniają się podczas słuchania bardzo dobrze zrealizowanej wersji 5.1 na dodatkowym dysku DVD. Naprawdę ciężko się do czegoś przyczepić, wszystko gra tak jak powinno.

Jako, że jest to edycja specjalna, to oprócz dodatkowego dysku DVD otrzymaliśmy też rozszerzoną książeczkę. I ktoś tu chyba chciał kogoś wku…rzyć, bo za każdym razem jak ją rozłożę, muszę się męczyć z 10 minut żeby ją złożyć. Poza tym artworki są dość chaotyczne, jest tu po trochu wszystkiego: grafiki, zdjęcia, tekstury, nawet znalazło się miejsce na komiks. Ale to nic, bo jakimś cudem wydawnictwo wygląda naprawdę fajnie.

Ocena albumu: 3

R.E.M. - Out of Time CD+DVD
Prezentacja
R.E.M. - Out of Time CD+DVD
Przód
R.E.M. - Out of Time CD+DVD
Środek
R.E.M. - Out of Time CD+DVD
Środek
R.E.M. - Out of Time CD+DVD
Książeczka
R.E.M. - Out of Time CD+DVD
Książeczka
R.E.M. - Out of Time CD+DVD
Książeczka
R.E.M. - Out of Time CD+DVD
Tył
Barcode / Kod kreskowy 081227395124
Wytwórnia Warner Music Group Company
Nr. Katalogowy 8122-73951-2
Wydawnictwo zawiera 3 – panelowy Digipak, rozkładaną w dziwaczny sposób książeczkę, 2 płyty
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanie

Blackfield – Welcome to my DNA (cd, digibook) – 2011

Kto by pomyślał, że nowa płyta Blackfield nie będzie nazywać się po prostu „III”? A tu zaskoczenie (zresztą nie jedyne związane z tym krążkiem), nazwa jest i to niezwykle intrygująca. DNA ma tu chyba oznaczać, że mimo pozornych zmian w człowieku, tak naprawdę w głębi duszy cały czas pozostaje taki sam. Witam w świecie, gdzie ja to po prostu ja.

Gdy na „Blackfield II” panowie Steven Wilson i Aviv Geffen nieco ujednolicili brzmienie, o tyle tutaj zaszło to jeszcze dalej. Idealna produkcja i wyczucie wraz z dość cichym nagraniem płyty (dawno się nie spotkałem z nowością nagraną tak cicho) stanowi fundament tej niezwykłej płyty. Mimo, że większość materiału skomponował Geffen, a nie ubóstwiany przez wszystkich Wilson, okazuje się, że „Welcome to my DNA” jest jak najbardziej godne uwagi. Utwory opisują kompletnie różne historie, ale wszystko do siebie pasuje i jest na swoim miejscu. Pozornie podobne brzmienia i wręcz niebiańska orkiestra (po raz pierwszy prawdziwa, nie syntezatorowa!) sprawiają, że podczas słuchania albumu targają mną najróżniejsze uczucia. Spokojne „Glass House”, „Rising of the Tide”, delikatnie wkurzone „Go to Hell” i „Blood” (jak widać nawet agresywne utwory mogą być subtelne), nieco melancholijne „Rising of the Tide” i „Far Away”, skłaniające do przemyśleń, a jednocześnie niezwykle singlowe „Oxygen”… Znalazło się miejsce nawet na radość – „Waving”, aż w końcu, podsumowujące płytę „DNA” to drugi najlepszy utwór duetu, zaraz po „End of the World”.

Słyszałem wiele opinii na temat tego krążka, większość nie była pozytywna. Zarzucano Blackfieldowi odejście od podstawowej koncepcji z „jedynki”, udział Wilsona raczej jako gościa niż stałego członka (w końcu zresztą opuścił projekt…) czy powtarzalność. Nie trafia do mnie żaden ten argument. Płyta jest po prostu piękna w swojej prostocie. I tu mały paradoks, bo wcale nie jest taka prosta, na jaką „wygląda”…

Limitowane, dawno wyprzedane wydanie w niewielkim digibooku naprawdę mi się podoba. Artworków poza zdjęciami jest co prawda niewiele, ale idealnie wpasowują się w klimat utworów. Poza tym ciężko znaleźć książeczkę z dobrymi zdjęciami wykonawców – tu fotograf naprawdę bardzo się postarał, sesja wyszła genialnie.

Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Prezentacja
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Przód
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Bok
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Środek
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Książeczka
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Książeczka
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Książeczka
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Książeczka
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Książeczka
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Książeczka
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Książeczka
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Tray i płyta
Blackfield - Welcome to my DNA Digibook
Tył
Barcode / Kod kreskowy 802644816722
Wytwórnia Kscope Music
Nr. Katalogowy KSCOPE167
Wydawnictwo zawiera 24 stronicowy digibook, płytę
Ocena Ocena za wydanieOcena za wydanie