Archiwa tagu: Progressive Rock

Budka Suflera – 1974-1984 (cd, digipak, reedycja 2013) – 1984

Czy jest tu ktoś, kto by nie znał Budki Suflera? Szczerze wątpię. Już prędzej znalazłby się ktoś, kto by kojarzył zespół z „Takiego Tanga” i „Balu Wszystkich Świętych”. Okej – można i tak. W końcu to najbardziej znane piosenki, głęboko wyeksploatowane przez radia i inne media. Dziś zajmiemy się jednak bardziej klasycznym wcieleniem zespołu, biorąc pod lupę kompilację z pierwszych 10 lat aktywności studyjnej grupy.

Nie jestem zbyt specjalnie pozytywnie nastawiony do kompilacji (wręcz odwrotnie), ale już nie raz okazało się, że zdarzają się chwalebne wyjątki. Opisywany krążek, najbardziej zresztą znany w postaci winylowej – również można zaliczyć do takiej kategorii. Głównie dlatego, że nie jest to typowy skok na kasę, czy „The best of” kaleczący materiał wyjściowy. Wydawnictwo wymagało od grupy niewiele mniejszego zaangażowania niż niektóre albumy studyjne. Właściwie cały materiał z klasycznych płyt został nagrany na nowo. Co najważniejsze – w bogatszych aranżacjach, z większym rozmachem, niż było to wcześniej. Bo tak jak sama jakość skomponowanego materiału z tamtych lat broni się w całej okazałości do dziś, to samym nagraniom brakuje trochę do ideału. Nie tylko technicznie, ale umiejętności samej Budki były trochę ograniczone. Ma to swój niewątpliwy urok, ale osobiście żałuję, że chociażby suita „Szalony Koń” nie doczekała się podobnego odrestaurowania jak utwory z „1974-1984”. Poza tym album stał się również domem dla piosenek nie wydanych wcześniej w żaden sposób – chociażby „Czas Ołowiu” czy też pamiętliwa „Jolka, Jolka, pamiętasz”. Jakimś cudem autorom udało się sprawić, by materiał był ze sobą spójny. Musiało to być o tyle trudne, bo ukazane są tutaj najróżniejsze oblicza zespołu (szczególnie mówię tutaj o trzech różnych wokalistach). Być może jest to też trochę zasługa wspomnień (w „dawnych” czasach często odsłuchiwałem płytę z oryginalnego, czarno-płytowego wydania). Niemniej jednak jest to kluczowy „album” czy też „kompilacja” w historii polskiego rocka.

Okładka przedstawiająca helikopter (skąd bierze się potoczna nazwa albumu) trzyma się mimo swoich lat zaskakująco dobrze. Samo wydanie w digipacku jest próbą przedstawienia oryginalnego designu w mniejszej formie. Nie jest to jednak nic zaskakującego. Dosyć ciekawe jest wytłoczenie płyty CD w wypukły sposób, przez co dotykiem przypomina stare wydanie. Z drugiej strony to ukazanie przez wydawcę, że jedyne i pełnoprawne wydanie to było to na winylu, a wersja CD to tylko taka „wspominka”.

Ocena albumu: 4+

Budka Suflera - 1974-1984
Przód
Budka Suflera - 1974-1984
Bok
Budka Suflera - 1974-1984
Digipak w środku i płyta. Sam krążek ma wypukłości symulujące płytę winylową.
Budka Suflera - 1974-1984
Lista utworów.
Budka Suflera - 1974-1984
Tył
Barcode / Kod kreskowy 5907783425301
Wytwórnia Muza Polskie Nagrania Muzyczne
Nr. Katalogowy PNCD 1530
Wydawnictwo zawiera 3-płatowy Digipak, płyta.
Ocena Ocena za wydanie
Reklamy

Pink Floyd – Animals (cd, card, Discovery Edition z 2011 roku) – 1977

Tak się złożyło, że żyję obecnie nieopodal jednej z ikon Pink Floydowej działalności. Battersea Power Station (pol. Elektrownia Battersea) z okładki albumu „Animals”. Zamiast więc rozpisywać się o tej płycie, postanowiłem zaproponować Wam recenzję fotograficzną: (wszystkie zdjęcia oczywiście mojego autorstwa)

tekst
Wciąż, bezustannie okryty chmurami budynek. Największy ceglany twór architektoniczny z Europy. Dziś już „nieużywany”…
Battersea Power Station #2
Ale zaraz, przecież mamy postmodernizm. Nic się nie może zmarnować, nawet jeśli jest to modernistyczny budynek. Duża przestrzeń zagospodarowana wokół, ogrodzona murem, a także z daleka widoczni robotnicy, to coś musi oznaczać.
Zupełnie przypadkowo postawili tą elektrownię na mojej drodze do pracy.
Zupełnie przypadkowo postawili tę elektrownię na mojej drodze do pracy. Tyle razy ją widzę, a wciąż robi wrażenie.
Battersea Power Station #4
Money is back?

Battersea Power Station #5

Wszystko jasne. Powstaje tu teraz osiedle dla bogatych. Mieszkania, biura, restauracje, galerie handlowe… Biorąc pod uwagę symbolikę jaką niesie ze sobą ta budowla na „Animals” z początku chciałem napisać: „Gdyby Pink Floydzi nie żyli to by się w grobach poprzewracali. A tak to słychać tylko lekkie szmery tam, gdzie pochowano Wrighta”.
Ale gdy pomyślałem o tym dłużej
Ale teraz wydaje mi się, że Floydom (przez przypadek) udało się wybrać ponadczasowy symbol. A, i oczywiście samą muzykę można określić w dokładnie ten sam sposób. Wszystko gra więc znakomicie.

Ocena albumu: 5

Pink Floyd - Animals
Okładka
Pink Floyd - Animals
Środek wydawnictwa
Pink Floyd - Animals
Tył
Pink Floyd - Animals
Bok
Pink Floyd - Animals
Płyta
Pink Floyd - Animals
Pierwsza i ostatnia strona książeczki tworzy rozkładówkę.
Pink Floyd - Animals
Książeczka
Pink Floyd - Animals
Książeczka
Pink Floyd - Animals
Książeczka
Barcode / Kod kreskowy 5099902895123
Wytwórnia EMI
Nr. Katalogowy  –
Wydawnictwo zawiera Card z wysuwaną płytą z jednej strony i książeczką (12-stronicową) z drugiej.
Ocena

Ocena za wydanie

Porcupine Tree – Signify (cd, jewelcase) – 1996

Ten wpis to raczej oznaka desperacji. Tak, ja wciąż żyję, trochę gorzej z samym blogiem, którego przyszłość jest niezwykle trudna dla mnie do określenia.

Z płytą „Signify” mieliśmy już do czynienia w innym wpisie, ale pokusiłem się na jego pierwsze wydanie, bez „remasteru”, gdyż w tamtej edycji było słychać przestery i inne czynności pogłaśniające.

Rzeczywiście, bezremasterowa opcja zyskała na pewno na długodystansowej słuchalności, przez co wybieram ją, gdy mam ochotę na przesłuchanie całego krążka. Ale ciężko mi powiedzieć, która edycja jest „lepsza”, bowiem obie nadają się do czegoś innego. Remaster sprawił, że utwory są jakby nieco bardziej przebojowe i po prostu mocniejsze (ach, to pogłośnienie), ale potrafią przy nim wysiąść uszy przy dłuższym posiedzeniu, lub przy nazbyt głębszym skupieniu. Wersja wydana w jewelcase’ie przez Delerium Records posiada więcej słyszalnych dźwięków, jest nieco bardziej pełna, ale nie potrafi porwać w ten sam sposób co jej przerobiona bliźniaczka. Niestety jest ona obecnie nie dostępna, a wątpię by wiele osób pokusiło się na jakieś aukcjobranie. Nawet w serwisach z zakrytym jednym okiem przepaską, królują remastery. A szkoda, bo jestem zdania, że obie wersje powinny znaleźć się w bibliotece każdego słuchacza.

Co do typografii: oryginalny napis na środku płyty i nazwa zespołu w pasku bocznym wygląda na pewno tysiąc razy bardziej klimatycznie niż zunifikowane „grawery” z nowych reedycji, które troszkę nastrzępiły psychodeliczny wystrój. Teksty piosenek są niepoprawnie porozwalane w dziwaczny sposób, i ma to swój urok, choć jest zapewne koszmarem typografa (czy jak się te typy od typografii nazywają). Stara wersja opakowania ma więc jakąś taką duszę, która w magiczny sposób łączy się z resztą.

Ocena albumu: 5

Porcupine Tree - Signify
Przód
Porcupine Tree - Signify
Bok
Porcupine Tree - Signify
Środek
Porcupine Tree - Signify
Książeczka
Porcupine Tree - Signify
Książeczka
Porcupine Tree - Signify
Książeczka
Porcupine Tree - Signify
Tył
Barcode / Kod kreskowy 5032966094521
Wytwórnia Delerium Records
Nr. Katalogowy DELEC CD045
Wydawnictwo zawiera Jewelcase, 12 stronicowa książeczka, płyta.
Ocena Ocena za wydanie

No-Man – Mixtaped (2dvd, dvd-super jewelbox) – 2009

No-Man to zespół pełny bardzo różnych od siebie albumów, bez tak naprawdę większych sukcesów komercyjnych. Koncertów w swojej karierze nie dał zbyt wiele, dlatego każdy z nich to cenny materiał. „Mixtaped” to pewna próba zebrania całej twórczości artystycznej zespołu. Pomijając już przekrojową tracklistę koncertu, do którego wrócę za chwilę, bo ja osobiście odbiór wydawnictwa zacząłem od drugiego dysku, gdzie daniem głównym jest film „Returning”.

Stali czytelnicy wiedzą, że zazwyczaj pomijam tego typu filmy zwieńczeniem „nudne” czy innym, równie krótkim. Ale „Returning” to nie tyle making-off jakiejś płyty czy samego koncertu, co dokument z krwi i kości (jest nawet narratorka!) o historii dosyć tajemniczego, wciąż zmieniającego swoje oblicza zespołu. Choć nadal jest to materiał tylko dla wierniejszych fanów, to jest tu widoczne niezwykłe zaangażowanie muzyków i innych osób, które były w jakiś sposób związane z formacją. Pasja sprawia, że wywiady ogląda się z pewną dozą przyjemności. A między nimi otworzono przed nami archiwum zespołu: masę starych zdjęć czy nawet występów, których przecież nie było za dużo. Należy zauważyć, że Tim i Steven są z nami szczerzy na tyle, by przyznać się do porażek, ale też by zauważyć swoje sukcesy. Nie silono się jednak na jakieś artystyczne pokazanie procesu twórczego, co często przeszkadza w odbiorze takich dokumentów. Tak więc ta część jak najbardziej na plus.

Oprócz półtoragodzinnego (!) filmu na drugim dysku zmieściły się także teledyski – w sumie aż pięć. Cóż tu dużo mówić, zespół nigdy nie miał zbyt wysokich funduszy, więc widać to bez wątpienia. Niezwykłe potworki wyszły spod rąk reżysera Philip Ilsona, który wspominając je w „Returning” tylko sentymentalnie się uśmiecha, ale wątpię, że chciałby je pamiętać. Animacja 3D Neil Whitmana do „Back When You Were Beautiful” nie pasuje klimatycznie w żadnym stopniu do granej muzyki. Ale nie jest aż tak źle: „Colours” otrzymało bardzo dobrze zrobione wideo, w której główną rolę otrzymała gra świateł. Również animacja do miniaturki „The Ballet Beast” wyszła bardzo fajnie.

Ale przejdźmy teraz do najważniejszej części wydawnictwa, czyli koncertu zarejestrowanego londyńskiej Bush Hall w 2008 roku. Po kilkukrotnym wysłuchaniu koncertu wrażenia mam dość ambiwalentne, ale jednak z przewagą na pozytywne aspekty. Sam początek powala: o wiele smutniejsza i wolniejsza wersja niż studyjna „Only Rain” przechodzi w niesamowicie energetyczne „Time Travel in Texas”. Później jest utwór z najnowszej płyty „All Sweet Things”, który już dawno mi się znudził, a ta wersja prawie w niczym nie odbiega od studyjnej. „Pretty Genius” to piosenka, która chyba za każdym razem brzmi niezwykle świeżo. Zaś nigdy nie mogłem się przekonać do „All the Blue Changes” live. Choć studyjna wersja to jeden z moich ulubionych utworów zespołu, to na żywo traci gdzieś swój wyjątkowy klimat, kończąc się średnio-znośnym szumem. Mógłbym tak dalej, ale lista utworów jest bardzo długa – a w zasadzie przez cały koncert zdarzają się genialne momenty („Day in the Trees”, „Mixtaped”), a także ewidentnie schrzanione („Returning Jesus”, „Truenorth”).

Choć do pojedynczych utworów mogę mieć jakieś zastrzeżenia to jednak całościowo naprawdę warto mieć „Mixtaped” w kolekcji. Chociażby ze względu na to, że No-Man bardzo rzadko koncertuje, a jest to zespół, który mimo nie przebicia się do mainstreamu, stworzył naprawdę ważne płyty. A sam klimat koncertu daje poczucie wyjątkowości tego wydarzenia. Publiczność jest równie zafascynowana jak ja sam na jedynym póki co koncercie No-Mana w Polsce, więc w pełni to rozumiem 😉

Ocena albumu: 3+

No-Man - Mixtaped
Przód
No-Man - Mixtaped
Bok
No-Man - Mixtaped
Środek i dwie płyty
No-Man - Mixtaped
Książeczka
No-Man - Mixtaped
Tył
Barcode / Kod kreskowy 802644850573
Wytwórnia Kscope Music
Nr. Katalogowy Kscope505
Wydawnictwo zawiera Super Jewelbox wielkości DVD, 4-stronicowa książeczka, 2 płyty DVD w tym samym trayu.
Ocena

Ocena za wydanie

Riverside – Memories in my Head (cd, ep, digipak) – 2011

Druga EP-ka polskiego zespołu Riverside zawiera co prawda tylko trzy nowe kompozycje… Ale ich łączna długość to ponad pół godziny muzyki. Tak więc jest to jedno z niewielu wydawnictw tego typu, które naprawdę można nazwać mini-albumem, a nie przerośniętym singlem. Utwory nawet zostały połączone ze sobą łagodnymi przejściami, co dodało wrażenia jedności. Każda z trzech kompozycji jest na swój sposób wyjątkowa, choć nietrudno zauważyć tu podobieństwo do dłuższych utworów chociażby Porcupine Tree. Ale naturalnie z zachowaniem Riverside’owskiego stylu. Bardzo dobry, przemyślany materiał.

Jedyna rzecz do której można byłoby się przyczepić to cena: 35 zł to kwota odpowiednia dla „zwykłego” albumu, a nie epki. Ale to pewnie wina tego, że wydaniem minialbumu zajęła się niszowa wytwórnia – Prog Team – a nie jak to było dotychczas, Mystic Production. Ale za to grafik Travis Smith wykonał swoją pracę w zachwycający sposób – okładka jest rewelacyjna, szkoda tylko, że nie zmieściło się więcej artworków.

Ocena albumu: 3+

Riverside - Memories in my Head
Prezentacja
Riverside - Memories in my Head
Bok
Riverside - Memories in my Head
Środek
Riverside - Memories in my Head
Rozłożona część digipaka
Riverside - Memories in my Head
Tył

Barcode / Kod kreskowy 5907785036987
Wytwórnia ProgTeam
Nr. Katalogowy PT_004
Wydawnictwo zawiera Rozkładający się digipak, płytę CD
Ocena Ocena za wydanie

Porcupine Tree – On the Sunday of Life… (cd, super jewelbox, reedycja 2007) – 1991

Pierwszy pełnoprawny album projektu muzycznego Stevena Wilsona – Porcupine Tree – ukazał się w 1991. Ale nie jest to album w najzwyklejszym tego słowa znaczeniu. Bardziej przypomina kompilację – na liście znalazło się 18 utworów pochodzących z trzech wydanych przez Wilsona EP-ek: Tarquin’s Seaweed Farm (1989), The Love, Death & Mussolini (1990), The Nostalgia Factory (1990). Wszystkie to dziś perełki kolekcjonerów. Tak więc miło, że postanowiono to wszystko zebrać i wypuścić na jednym krążku.

Niesamowite jest właściwie wszystko, co możemy znaleźć w „On the Sunday of Life…”. Pełna odniesień do Pink Floydów psychodelia z niezwykle trafnym, często humorystycznym, a innym razem mrocznym tekstem. Najróżniejsze eksperymenty muzyka sprawiają, że utwory niezwykle się od siebie różnią – są połączone tylko niszowym, nieco mistycznym klimacie. Właśnie dlatego album bardzo mi się spodobał – mimo tego, że niektóre kompozycje nie są do końca udane, ale to chyba można bez problemu zrozumieć – w końcu zostały napisane przez kogoś, kto miał jeszcze daleko do pełnoletności. Chociażby fenomenalny „Jupiter Island” to dzieło 14 letniego Wilsona. Oprócz tego „On the Sunday of Life…” zawiera potencjalne hity: „Nine Cats”, „Linton Samuel Dawson” czy w końcu grany do dziś na koncertach, 10 minutowy utwór „Radioactive Toy”, który zaprezentował, czego będziemy mogli się spodziewać po następnych albumach spod szyldu Porcupine Tree.

W swoich zbiorach posiadam chyba najnowszą reedycję – z 2007 roku w super jewelboxie. Okładka i książeczka idealnie odwzorowują klimat muzyki.

Ocena albumu: 4

Porcupine Tree - On the Sunday of Life...
Przód
Porcupine Tree - On the Sunday of Life...
Bok
Porcupine Tree - On the Sunday of Life...
Środek
Porcupine Tree - On the Sunday of Life...
Książeczka
Porcupine Tree - On the Sunday of Life...
Książeczka
Porcupine Tree - On the Sunday of Life...
Książeczka
Porcupine Tree - On the Sunday of Life...
Książeczka
Porcupine Tree - On the Sunday of Life...
Tył
Barcode / Kod kreskowy 802644712222
Wytwórnia Kscope Music
Nr. Katalogowy KSCOPE122M
Wydawnictwo zawiera Super Jewelbox, 16 stronicową książeczkę, płytę.
Ocena Ocena za wydanie

Love De Vice – Foggy Future (cd, card) – 2009

Pewnego razu przyszła do mnie paczka ze sklepu Rockserwis.pl – nie było by w tym nic dziwnego, że w środku znalazłem coś, czego nie zamawiałem. Okazało się, że jest to singiel polskiego zespołu krążącego między stylami hard rocka czy rocka progresywnego. Całkiem miło, że ktoś dorzucał go do zamówień za darmo 😉 Postanowiłem więc zobaczyć kto próbuje się w taki miły sposób zareklamować.

Niestety „Foggy Future” to kompozycja niczym się nie wyróżniająca, ani jakoś specjalnie nie wpadająca w ucho, może dość dobrze nagrana, ale nic poza tym. Muzyka nie zachęciła mnie do niczego – do dziś nie przesłuchałem innych wyczynów zespołu. Teraz tylko leży wśród moich płyt i „sztucznie” zawyża ilość posiadanych przeze mnie wydawnictw 😉

Co ciekawe: zdjęcie na kopertce zostało wykorzystane za darmo – zgodnie z licencją Creative Commons.

Love de Vice - Foggy Future
Przód
Love de Vice - Foggy Future
Płyta
Love de Vice - Foggy Future
Tył
Barcode / Kod kreskowy
Wytwórnia Blackfieldmedia
Nr. Katalogowy
Wydawnictwo zawiera Kopertę, płytę
Ocena Ocena za wydanie